
– Pies mnie ugryzł – powiedziałam smętnie po paru sekundach wzajemnego porozumienia.
Udało mi się go zaskoczyć, chociaż wcale nie miałam takiego zamiaru.
– Co…?
– Pies, mówię. Kogo w dzieciństwie pies ugryzie, ten wcześnie za mąż wychodzi.
Powinno się mówić „ta”, rzecz dotyczy jednostek płci żeńskiej, o męskiej nie słyszałam.
Pomijam już taką drobnostkę, jak to, że od najwcześniejszych lat byłam przekonana, że nikt się nie zechce ze mną ożenić. Więc jak ktoś zechciał… Sam rozumiesz, Grzesiu, musisz mi to wybaczyć.
– O mój Boże wielki i wszyscy bogowie greccy… – powiedział Grzegorz uroczyście.
Odzyskałam jakby jakieś szczątki równowagi.
– Czekaj, zdaje się, że jeszcze do niczego nie doszliśmy, jesteśmy w połowie drogi. Można domniemywać, co następuje: grzebałam w jego papierach, coś z tego całego śmiecia okazuje się obecnie dla kogoś niebezpieczne i to właśnie podwędziłam. Może na złość. List tej Heleny rozumiem i mogłabym wywinąć głupi numer, trzeba mnie przyciszyć. Stąd głowa. Ewidentna pomyłka złoczyńców.
– A ta baba, która cię nienawidzi?
– Baby nie zgadnę. Może się sama ujawni. Ale widzę tu inny problem, albo mi to odbiorą, albo muszą mnie zabić, odbierać mi nie ma czego, zachodzi zatem ta druga konieczność. Co ty na to?
Druga konieczność Grzegorzowi się nie spodobała. Uzgodniliśmy, że sprawę należałoby jakoś rozwikłać, dowiedzieć się czegoś więcej. Nie miał wątpliwości, że będę próbowała i nie usiłował mnie zniechęcać.
– Postaraj się może jednak zachować jakąś ostrożność. Najmniejsze niebezpieczeństwo przedstawia chyba ksiądz. Ta Helena się wyspowiadała…
– Ksiądz zachowa tajemnicę spowiedzi. Musi.
– Nie będzie ksiądz mówił do ciebie, tylko ty do księdza. Też się wyspowiadasz i poprosisz o radę. Albo ksiądz jest przyzwoitym człowiekiem, tajemnicę zachowa, a rady udzieli, albo jest zwykłą gnidą, co też się zdarza, i wtedy tajemnicę zdradzi. Zawsze będzie to jakiś krok do wiedzy.
