
Szczęki Rye'a zadrgały, kiedy chmurnym wzrokiem spojrzał ku zatoce Nantucket.
– Jeśli chcesz z nim zostać – rzekł lodowatym tonem – wystarczy jedno twoje słowo i – na Boga! – nie będę na to patrzeć. Wypłynę na następnym wielorybniku, jaki opuści port.
– Tego nie powiedziałam. Prosiłam tylko, żebyś dał mi trochę czasu. Zgoda?
Spojrzał na nią, z trudem powstrzymując się, by jej nie objąć, nie pocałować, jeszcze i jeszcze raz. Skinął sztywno głową i znów odwrócił wzrok.
Znad brzegu dobiegł odległy dźwięk portowego dzwonu. Wszechobecny szum morza tworzył muzyczne tło, niesłyszalne dla ludzi, którzy całe życie spędzili przy wtórze uderzeń fal o brzeg. Krzyki mew i huk portowych młotów były również częścią tej muzyki, wchłanianej tak po prostu, jak zapach łąk, mokradeł albo słonej bryzy.
– Rye?
Odwrócił się z ociąganiem. Laura położyła mu dłoń na ramieniu, czując, jak pod skórą tężeją twarde mięśnie.
– Wyszłam z tobą, bo chcę ci coś powiedzieć, zanim zejdziesz do miasta.
Rye nadal nie patrzył jej w oczy.
– Niestety… mam złe wieści. Spojrzał na nią szybko.
– Złe? – powtórzył z przekąsem i zaśmiał się sucho. – Gorsze od tego, co dziś usłyszałem?
Och, Rye… – westchnęła w duchu Laura, bliska łez. – Nie zasłużyłeś na taki smutny powrót.
– Skoro wybierasz się do rodziców… powinieneś wiedzieć! Rye zaczął odwracać głowę – sztywno, jak gdyby już odgadł. Dłoń Laury zacisnęła się na jego ramieniu.
– Twoja matka… Nie zastaniesz jej w domu, Rye.
– Nie? A gdzie? Musiał się już domyślić, ciężko jednak było to wypowiedzieć!
