
Był coraz bliżej, szeroka dłoń szukała wygięcia jej talii. Szarpnął Laurę ku sobie i w chwili, gdy ich biodra się zetknęły, nie mogła nie zauważyć, iż męskość Rye'a rozkwitła jeszcze bujniej niż otaczający ich sad. Całował ją zachłannie, stanowczo i zaborczo, zdobywał jej usta w sposób nie dający cienia wątpliwości, że gdyby mu pozwoliła, bez wahania wprowadziłby swoje słowa w czyn.
Jego język tańczył zmysłowo w jej ustach, palce błąkały się po jej ciemnych włosach, wychwytując zawarte w nich słoneczne ciepło. Niczego nie pragnął bardziej, niż zobaczyć jej włosy rozpuszczone, zmierzwione, rozpostarte wachlarzem na trawie w chwili, gdy posiądzie Laurę tak, jak o tym marzył.
Objął jej plecy, lecz tu natknął się na nieoczekiwaną przeszkodę. Tułów Laury od łopatek aż poniżej krzyża zakuty był w pancerz z tej samej substancji, za którą Rye wypłynął na dalekie morza i w efekcie utracił ukochaną żonę – z fiszbinu.
– Niech piekło pochłonie wszystkie wieloryby! – zaklął zdławionym głosem, wodząc palcami po twardych wstawkach gorsetu.
Laura nie zdołała powstrzymać uśmiechu.
– W tej chwili powinniśmy im być wdzięczni – szepnęła, po raz pierwszy przyznając, że również go pragnie. Mimo to cofnęła się stanowczo.
– Przestań, Rye! W każdej chwili ktoś może tutaj przyjść.
– I zobaczy, że całuję własną żonę. Chodź tu, jeszcze z tobą nie skończyłem.
Laura jednak wymknęła się zręcznie.
– Nie, Rye. Musisz zrozumieć, że nic z tego, dopóki sytuacja się nie wyjaśni.
– Sytuacja jest jasna. Ja pierwszy zostałem twoim mężem.
– Za to Dan był nim dłużej – stwierdziła, by zaznaczyć że nie chce skrzywdzić Dana.
Zmysłowe podniecenie nagle gdzieś się ulotniło.
– Czy to znaczy, że masz zamiar z nim zostać?
– Na razie tak. Musimy najpierw porozmawiać, omówić…
– Jesteś moją żoną! – Rye zacisnął pięści. – Nie pozwolę, żebyś żyła z innym!
– Ja również mam w tej sprawie coś do powiedzenia i na pewno pochopnie nie odejdę od Dana. Trzeba rozważyć dobro Josha i… – Laura załamała ręce i zaczęła nerwowo chodzić tam i z powrotem. W końcu stanęła przed nim twarzą w twarz i prychnęła: – Od niemal czterech lat trwaliśmy w przekonaniu, że nie żyjesz. Chyba nie oczekujesz, że w ciągu godziny da się wszystko zmienić?
