
Rye przystanął na chwilę. Zerwał kwiat jabłoni, przytknął go do nosa i zaciągnął się głęboko, jak gdyby w ten sposób mógł nadrobić pięcioletnią nieobecność. Delikatny aromat był dlań tym wspanialszy, że zrodziła go ziemia, nie morze.
Białe muszle przegrzebka chrzęściły pod nogami. Radował się ich dźwiękiem, zapachem jabłoni i widokiem dobrze znanej okolicy. Oto każdy krok zbliżał go do domu.
Lewa odnoga ścieżki wspinała się na wzgórze Quarter Mile; prawa, węższa, wiodła na niewysoki pagórek, gdzie rozsiadł się typowy dla Nantucket niski dom z szarych, nie malowanych desek, wypolerowanych przez słony wiatr tak, że każda lśniła jak szlachetna perła. Małe szybki okien osadzono w drewnie – ich ołowiane ramy przetopiono na kule kilkadziesiąt lat temu w czasie wojny o niepodległość. Białe okiennice otwierały się niby rozpostarte ramiona, wpuszczając do środka piękny, wiosenny dzień.
Przed drzwiami stały rzędem doniczki pelargonii – ulubionych kwiatów Laury. Młody żywopłot otaczał dom od zachodu, gdzie do ściany tuliła się nakryta spadzistym dachem przybudówka. Rye przyjrzał jej się ze zdziwieniem. Nie było jej, gdy odjeżdżał.
Dzwon na wieży kościelnej wybił południe, wzywając mieszkańców osady na posiłek. Odkąd Rye sięgał pamięcią, ten sam dzwon odzywał się pięćdziesiąt dwa razy na dobę, lecz dziś jego echo budziło w sercu drżenie; zdawało mu się, że bije specjalnie dla niego.
Zszedł ze ścieżki, chcąc podkraść się bez hałasu. Przez otwarte drzwi doleciał go zapach gotowanej strawy. Nagle poczuł wdzięczność, że Laura czeka w domu, zamiast publicznie witać go na nabrzeżu. Odstawił kuferek, przygładził palcami niesforne włosy, spadające mu na twarz jak kłąb wodorostów, stłumił westchnienie i stanął w progu.
