
Przez chwilę nie widział nic poza smugą światła, wpadającą do izby. Milczał, lecz miał wrażenie, że z dala słychać bicie jego serca.
Laura pochylała się nad wielkim kuchennym piecem, ubrana w prostą niebieską sukienkę i biały płócienny fartuch, przez rąbek którego przytrzymywała właśnie wiszący nad ogniem sagan. Nuciła pod nosem, wtórował jej szczęk łyżki, którą mieszała w garnku.
Rye poczuł zawrót głowy. Patrzył na ciężki węzeł orzechowych włosów, smukłe plecy, zarys bioder osłoniętych białym płótnem. Przez chwilę miał wrażenie, że wyszedł stąd wczoraj. Napawał się znajomą prostotą tej sceny, cieszył myślą, że oto wrócił do swojego domu, do swej kobiety – takiej kobiety!
Laura nakryła garnek i odłożyła łyżkę na gzyms okapu. W wyobraźni widział kształt jej piersi, kawową barwę oczu, wykrój warg…
Spotniałą dłonią zastukał cicho w futrynę.
Laura Dalton obejrzała się zaskoczona. Pod słońce widziała tylko sylwetkę wysokiego mężczyzny, trzymającego coś pod pachą i stojącego w rozkroku, jak gdyby wiał silny wiatr.
– Słucham pana? – wytarła ręce w fartuch, przysłoniła oczy i z wahaniem postąpiła parę kroków do drzwi. Kiedy jasna smuga dotknęła brzegu jej sukni, zatrzymała się nagle. Poznała niebieskawe oczy, jasne włosy i usta… pierwsze usta, jakie ją całowały.
– Rye? Cały dom zawirował nagle wokół niej. Z niedowierzaniem wyjąkała raz jeszcze:
– Rye, to ty? Uśmiechnął się niepewnie.
– Lauro… – wzruszenie ścisnęło go za gardło – tylko tyle masz mi do powiedzenia po pięciu latach?
– Rye… mój Boże, ty żyjesz? Rzucił kurtkę na ziemię i wyciągnął ręce. Laura pofrunęła wprost w jego ramiona. Podniósł ją i mocno przytulił do piersi.
