
Coś się poruszyło.
Will niemal odruchowo strzelił z karabinka impulsowego. W jego polu widzenia zabłysły niebieskie ramki celownika, gdy pewnym, płynnym ruchem opuszczał lufę broni. Czerwone kółko nałożyło się na środkowy prostokąt, a wtedy neuronowy nanosystem rozpoczął pięćsetstrzałową serię w trybie wahadłowym.
Impulsy indukcyjne szatkowały drzewa i krzaki. Fragment dżungli zamknięty niebieskim prostokątem migotał pomarańczowymi iskrami. Wszystko trwało dwie sekundy.
— Na ziemię! — przekazał datawizyjnie Will. — Wróg na godzinie czwartej.
Zsunął się momentalnie z konia i wylądował na szerokich trójkątnych liściach. Dean i Jenny natychmiast poszli za jego przykładem: przykucnąwszy, trzymali w pogotowiu karabinki termoindukcyjne. Wszyscy troje obrócili się, tak by każde mogło pokryć ogniem inny wycinek dżungli.
— Co to było? — zapytała Jenny.
— Zdaje się, że dwóch namierzyłem.
Will odtworzył w pamięci zapis zdarzenia. Coś jakby gęsty, czarny cień wyskoczyło zza drzewa, a potem rozdzieliło się na dwoje. Wtedy wystrzelił… i nagranie stało się niewyraźne. Czarne kształty nie chciały się wyostrzyć, choć uruchamiał najlepsze programy rozpoznawania obrazu. Nie przypominały sejasów rozmiarami. I posuwały się w jego stronę, szukając kryjówek za krzaczastymi podstawami drzew.
Patrzył na nich z podziwem. Byli naprawdę dobrzy.
— Co teraz? — spytał datawizyjnie. Nikt mu nie odpowiedział. — Co teraz? — powtórzył na głos.
— Rozpoznanie i ocena sytuacji. — Jenny nagle uświadomiła sobie, że nawet datawizyjne przekazy na bliską odległość są już niemożliwe. — Nie wyszliśmy jeszcze z tej strefy zakłóceń.
Raptem w górze dał się zauważyć pomarańczowy błysk, któremu nie towarzyszył żaden odgłos. Trzecia część rosnącego dziesięć metrów dalej drzewa zaczęła się wolno pochylać, przy czym w miejscu złamania po pniu pozostały długie, zwęglone drzazgi. Kiedy padające drzewo osiągnęło poziome położenie, gęste pierzaste liście zajęły się ogniem. Chwilę skwierczały, puszczając kłęby szaroniebieskiego dymu, by paść pastwą strzelających płomieni. Z pożogi wyskoczyły, piszcząc z bólu, dwa paskudnie poparzone pnączaki.
