Zanim drzewo trzasnęło o ziemię, żarłoczne płomienie trawiły już całą koronę.

Konie stawały dęba z trwożnym kwiczeniem, lecz dzięki nieprzeciętnej sile żołnierze dawali sobie z nimi radę. Jenny przewidywała trudności, jakich mogły im jeszcze przysporzyć. Neuronowy nanosystem informował, że czujniki kombinezonu zarejestrowały promień masera, który trafił w drzewo i spowodował jego pęknięcie. Nie wykrył jednak wiązki energii odpowiedzialnej za podpalenie.

Czujniki Deana również wyśledziły promień masera. Żołnierz oddał serię pięćdziesięciu strzałów w stronę jego źródła.

Odłamany czub drzewa dopalił się z sykiem. Pozostała po nim kupa popiołu obok nagiego, sterczącego do góry kikuta. W szerokim kręgu tliły się sczerniałe naziemne pnącza.

— Do diabła, co to było? — zdziwił się Dean.

— Brak danych — odparła Jenny. — Ale nie chciałabym tym oberwać.

Białe światła pomknęły ku koronom pobliskich drzew niczym lśniące banieczki jakiejś przedziwnej astralnej cieczy. Pękająca kora odpadała długimi płatami, a gdzie obnażone drewno zajmowało się ogniem, tam z każdą chwilą gwałtowniejsze płomienie ryczały jak w piecu hutniczym. Wokół agentów ESA wyrosło dwanaście olbrzymich pochodni oślepiającego blasku.

Implanty siatkówkowe Jenny próbowały poradzić sobie z zalewem fotonów. Koń usiłował się wyrwać: znowu stawał dęba, wyginał szyję i machał przednimi kopytami niebezpiecznie blisko jej głowy. Oczy zwierzęcia błyszczały przerażeniem. Toczyło z pyska pianę, która kapała na jej kombinezon.

— Ratujcie sprzęt! — krzyknęła. — Nie upilnujemy koni w tym piekle!



11 из 582