Jenny przyciągnęła torby i przetestowała urządzenia. Niedobrze: blok naprowadzający przekazywał błędne dane, a laserowy odległościomierz kombinezonu podawał niedokładne odczyty. Pole zakłócające było coraz silniejsze. A jeśli wierzyć zewnętrznym czujnikom temperatury, to bez kombinezonów z warstwą rozpraszającą ciepło żywcem by się upiekli.

Ścisnęła mocniej karabinek impulsowy.

— Jak tylko opadną płomienie, pokrywamy ogniem zaporowym okolicę w promieniu czterystu metrów. Przyjmiemy ich reguły walki. Pokazali nam, co potrafią, teraz nasza kolej.

— W porządku — odparł Will weselszym tonem.

Wygrzebała z torby jedną z kulistych wysoko wydajnych baterii, by połączyć ją skręcanym kablem z kolbą karabinka. Will i Dean robili dokładnie to samo.

— Gotowi? — zapytała. Płomienie skakały już tylko na kilka metrów w górę. Powyżej kłębiły się w powietrzu płatki popiołu, przyćmiewając słońce. — No to do dzieła!

Stanęli w trójkącie ramię przy ramieniu, a następnie otworzyli ogień z karabinków impulsowych, które wystrzeliwały dwieście pięćdziesiąt niewidzialnych, śmiercionośnych ładunków na sekundę. Procesory celownicze tak dobierały parametry ostrzału, aby pola rażenia każdego z trzech karabinków nachodziły na siebie. Mięśnie sterowane sygnałami neuronowych nanosystemów precyzyjnie przesuwały broń, by siała maksymalne zniszczenie.

Ziemia w spopielonym kręgu znów cierpiała katusze, wkrótce jednak ogień zaczął się wżerać w rosnącą dalej roślinność. Na pniach drzew i splątanych łodygach pnączy rozbłyskiwały oślepiające pomarańczowe gwiazdki — spijały z nich najpierw wszelką wilgoć, a później je podpalały. Początkowy szmer wybuchów szybko przeszedł w huraganowy grzmot, gdy karabinki bezlitośnie pustoszyły okolicę.



13 из 582