
— Smażcie się, łajdaki! — krzyczał Will z uniesieniem. — Macie tu ode mnie!
Pożar szalał w całej dżungli, tocząc się żywiołowo w głąb lasu.
Pnączaki znów padały gęstym trupem, zeskakując z drzew prosto w objęcia płomieni.
Neuronowy nanosystem powiadomił Deana, że jego broń zacina się za każdym razem, kiedy lufa mierzy w pewnym określonym kierunku. Cofnął ją i przytrzymał. Szybkość strzelania spadła do pięciu ładunków na sekundę.
— Cholera! Jenny, to ich pole zakłóca pracę procesora celowniczego w moim karabinku!
— Poczekaj, przejmę twój odcinek.
Odebrała datawizyjnie współrzędne od Deana: komunikowanie się nie sprawiało im już kłopotów. Kiedy skierowała karabinek impulsowy na wybrany cel, wydajność broni spadła niemal natychmiast, za to urządzenia kombinezonu znowu działały. — Jezu, nie spotkałam się nigdy z tak dziwnym zakłócaniem.
— Mogę was wesprzeć — zaofiarował się Will.
— Nie trzeba. Weźmiemy się za nich, tylko najpierw skończmy ten ostrzał.
Zajęła się ponownie własnym odcinkiem. Na widok przewalającej się nad dżunglą nawały morderczych płomieni jej serce wezbrało dzikim entuzjazmem. Wpadała w jakiś niebezpieczny trans; sił dodawała jej świadomość, że może przywołać na swe rozkazy tak straszną potęgę. Musiała polecić nanosystemowi, aby uruchomił program uspokajający, który od razu zmniejszył wydzielanie do krwi naturalnej adrenaliny. Ostrzał został zakończony i jej ciało mogło ochłonąć. Nadal jednak czuła się wyśmienicie.
Sto dwadzieścia metrów od nich ogromny pożar trawił las.
— Dobra, zdradzili swoją pozycję — powiedziała. — Dean, Will, szykujcie karabiny magnetyczne. Pociski odłamkowe i wybuchowe na przemian w proporcji sześćdziesiąt do czterdziestu.
Will uśmiechnął się zabójczo pod maską hełmu powłokowego, schylając się ochoczo po broń większego kalibru. Ciemnoszara lufa karabinu miała półtora metra długości przy wadze trzydziestu kilogramów, podniósł ją jednak, jakby była wykonana ze styropianu.
