
Jak okiem sięgnąć, ziemię zaścielały setki usmażonych pnączaków i innych mniejszych zwierząt; wśród nich zauważyli potwornie zniekształcone ścierwo jednego z koni. W powietrzu unosiły się roje szarych drobinek.
Jenny przesłała do bloku nadawczo — odbiorczego polecenie otworzenia kanału łączności z Murphym Hewlettem. Zdziwiła się, gdy zgłosił się od razu.
— Na Boga, Jenny, co się stało? Nie mogliśmy złapać kontaktu, a potem zobaczyliśmy łunę. To musiało być piekło, nie walka!
Co z wami?
— Nic nam nie jest, ale straciliśmy konie. Myślę, że nieprzyjaciel poniósł pewne straty.
— Pewne straty?
— Murphy, miej się na baczności przed białym ogniem. Na razie użyli go tylko do podpalenia lasu, lecz nasze czujniki nie są w stanie powiedzieć, jak kierują tym świństwem. Ogień pojawia się po prostu znikąd. Ale przedtem uderzą w ciebie polem zakłóceń.
Moja rada jest taka: jeśli zaczną wam wysiadać urządzenia elektroniczne, natychmiast ostrzelajcie całą okolicę. Tylko tak ich wymieciecie.
— Chryste, z czym my walczymy? Najpierw ten kołowiec — widmo, teraz niewykrywalna broń.
— Nie wiem, ale zamierzam się dowiedzieć. — Zaskoczyła ją własna determinacja.
— Potrzebujecie wsparcia? Jesteście bardzo daleko od statku.
— Uważam, że nie powinniśmy się łączyć. Osobno mamy większą szansę osiągnąć cel misji. W tej kwestii nic się nie zmieniło.
— W porządku, ale gdyby przyparli was do muru, to jesteśmy pod ręką.
