Na widok tej scenerii zniszczenia trudno byłoby uwierzyć, że przeżył choćby jeden owad, nie mówiąc już o większych zwierzętach.

Agenci ESA przebijali wzrokiem gasnące płomienie, patrząc, jak ciemna chmura grudek ziemi i kawałków drzewa przesłania słońce.

Nanosystem Jenny uruchomił serię programów diagnostycznych, testując urządzenia kombinezonu.

— No, wreszcie ustąpiło to pole zakłóceń elektronicznych — stwierdziła lekko drżącym głosem, wciąż pod wrażeniem niszczycielskich sił, jakie wyzwoliła. — Zdaje się, że dostali za swoje.

— O czym wszyscy wiedzą — dodał Dean beznamiętnie. — Pożar widać było w połowie drogi stąd do Durringham. Pewnie ciągną tu już całe zastępy wroga.

— Masz rację.

— Wciąż tam są — obwieścił Will.

— Co takiego?! — zdumiał się Dean. — Chybaś oszalał! Nikt by nie przetrzymał takiej kanonady, nawet wojenny mechanoid szturmowy. Wysłaliśmy drani do diabła.

— Mówię serio, ciągle tam są — upierał się Will. Sprawiał wrażenie podenerwowanego, co nigdy przedtem mu się nie zdarzało.

Chłód bijący od tych słów zdawał się przenikać wygodną izolację kombinezonu Jenny. Coś ją przekonywało, że Will ma jednak rację.

— Jeśli ktoś tam jeszcze żyje, to nawet lepiej — powiedziała.

— Nadal chcę wziąć jeńca dla Hiltcha. Chodźmy stąd. I tak musimy zorientować się w sytuacji. Jak będziemy marudzić, to zdążą się przegrupować.

Szybko rozdzielili między siebie resztę amunicji, baterie wyciągnięte z worków oraz podstawowe zestawy ratunkowe. Każde z nich trzymało w ręku karabinek impulsowy, a Will i Dean bez słowa sprzeciwu wsparli na ramionach lufy karabinów magnetycznych.

Jenny ruszyła przodem, przemierzając raźnym krokiem tlące się pozostałości dżungli w stronę terenu zbombardowanego pociskami z ciężkiej broni.



16 из 582