
Jego doniesienia wypadały całkiem nieźle w popularnych serwisach informacyjnych, ale ponieważ koncentrował się na ponurych aspektach życia, wyrabiając sobie markę specjalisty od taniej sensacji, z czasem został całkowicie odsunięty od prestiżowych spraw; nie pamiętał, aby w ciągu ostatnich dziesięciu lat powierzono mu bodaj jeden poważny temat. Ostatnio w neuronowym nanosystemie rzadziej zapisywał nagrania sensywizyjne, a częściej uruchamiał programy stymulacyjne. Przed ośmiu laty szefowie Time Universe na czas nieograniczony wysłali go w teren, gdzie dostawał błahe i niewdzięczne zadania, jakie powinien odrzucić każdy szanujący się reportażysta. Robili wszystko, byle nie widywać go w studiach czy biurach redakcyjnych, dokąd przenieśli się jego rówieśnicy.
Ale teraz z tym koniec! Nareszcie przestaną się z niego naśmiewać. Tylko on przebywał na miejscu wydarzeń i znał tutejsze realia.
Był niezastąpiony. Dzięki Lalonde zamierzał zgarnąć nagrody, które go omijały przez te wszystkie lata, a później może wrócić na ojczystego Decatura i tam wystarać się o ciepłą posadkę za biurkiem.
Na Lalonde przyleciał przed trzema miesiącami, aby zebrać garść plenerów i sensywizyjnych wrażeń do rdzeni pamięciowych w redakcyjnej bibliotece. Miał skompletować materiał dokumentalny o pionierskim życiu w nowym świecie. Aż nagle spadło na planetę to wspaniałe nieszczęście. Co jednak mogli uważać za nieszczęście tutejsi mieszkańcy, Rexrew i personel administracyjny LDC… było dla Nicholsona przysłowiową manną z nieba.
