
— Ten bliski współpracownik Rexrewa, Terrance Smith, mówił coś, że chcą nas odesłać na inną planetę w pierwszym stadium zasiedlania — skarżył się Diego Sanigra. Pociągnął łyk piwa ze szklanego kufla. — Jakby to miało załatwić sprawę. Bo wyobraź sobie, że jesteś kolonistą, zapłaciłeś za przelot na Lalonde, aż tu raptem po wyjściu z kapsuły dowiadujesz się, że to Liaotung Wan. No wiesz, rdzennie chińska planeta. Na pokładzie mamy samych eurochrześcijan; myślisz, że miejscowi powitaliby ich z otwartymi ramionami?
— Czy Smith proponował, żebyście ich tam zabrali?
Sanigra prychnął z irytacją.
— Daję ci tylko taki przykład.
— A co z rezerwą paliwa? Macie dość helu i deuteru, żeby polecieć na drugą planetę kolonialną, a potem jeszcze wrócić na Ziemię?
Diego Sanigra zaczął coś tłumaczyć. Nicholson nie przysłuchiwał się zbyt uważnie, błądząc wzrokiem po dusznym, zatłoczonym pomieszczeniu. Na kosmodromie jedna ze zmian skończyła właśnie pracę. W tych dniach McBoeingi odbywały niewiele lotów. Na orbicie rozładowywano zaledwie trzy frachtowce, a dowódcy sześciu transportowców kolonizacyjnych wciąż czekali na decyzję Rexrewa w sprawie pasażerów. Większość załóg kosmolotów przychodziła do pracy tylko po to, żeby im później nie odmówiono wypłaty.
Ciekawe, jak zareagowali, gdy odebrano im nadliczbówki, rozmyślał Graeme. Można by z tego ułożyć interesujący reportaż.
Tutaj, w „Rozbitym Kontenerze”, nie odczuwało się tak wyraźnie dramatów rozgrywających się w innych częściach miasta.
