
Blok audio zaczął szwankować: Graeme usłyszał, jak muzyka zwalnia, a głos piosenkarki pogłębia się do groteskowego, basowego bełkotu. Potem jeszcze raz zmienił barwę, przechodząc tym razem w dziewczęcy sopran. Zebrani wokół słuchacze wybuchali śmiechem, a jeden rąbnął pięścią w urządzenie. Po chwili dźwięki wydobywające się z kolumny zabrzmiały znowu normalnie.
Opodal przechodziła akurat przeurocza nastolatka w towarzystwie wysokiego mężczyzny. Jego twarz wydała się Nicholsonowi dziwnie znajoma. W dziewczynie rozpoznał jedną z tutejszych kelnerek, aczkolwiek na ten wieczór włożyła dżinsy i zwykłą bawełnianą bluzeczkę. Za to jej kompan, drągal w średnim wieku z króciutką bródką i małym kucykiem, ubrany w szykowną skórzaną kurtkę i szare szorty, wyglądał jak wykapany edenista.
Szklanka wypadła z odrętwiałych palców Nicholsona, by roztrzaskać się na drewnianej podłodze. Piwo ochlapało mu buty i skarpetki.
— Jasna cholera — wychrypiał przez ściśnięte gardło.
— Co z tobą, chłopie? — Diego wyglądał na zdenerwowanego, że przerwano mu w pół skargi.
Graeme z trudem oderwał wzrok od nowo przybyłych.
— Ee… nic mi nie jest — wyjąkał.
Dzięki Bogu, że nikt nie zwrócił na niego uwagi. Zarumieniony, pochylił się, żeby pozbierać kawałki szkła. Kiedy się wyprostował, podejrzana para dotarła do barku. Upłynęła krótka chwila, a jednak udało im się już przecisnąć przez ciżbę.
Choć nie mogło być mowy o pomyłce, Graeme polecił nanosystemowi uruchomić w trybie nadrzędności wyszukiwarkę programową. Z katalogu osobistości życia publicznego wyłoniła się wizualizacja, którą zapisał do komórki pamięciowej przed czterdziestu laty. Pasowała jak ulał.
