
„A ty byś nie miał wyrzutów sumienia?” — burknęła z irytacją.
Nie miała ochoty na rozmowę, ale nie chciała też milczeć.
„Owszem, choć mniejsze niż ty. Obwiniasz się za cały ten konflikt. A nie powinnaś. Tobie i mnie, nam wszystkim, każdemu mieszkańcowi tej planety taki los przypadł po prostu w udziale”.
„Ciekawe, ilu despotów i wodzów żądnych łupu wypowiedziało już podobne słowa?”
Udało mu się przybrać minę po części smutną, po części współczującą.
Alkad ujęła jego dłoń z uczuciem ulgi.
„Tak czy inaczej, dziękuję, że ze mną lecisz. Wątpię, czy zniosłabym sama obecność tych żołnierzy”.
„Wszystko pójdzie dobrze, zobaczysz — rzekł cicho. — Rząd nie wyjawi żadnych szczegółów, a zwłaszcza nazwiska wynalazcy”.
„To znaczy, że będę mogła spokojnie wrócić do pracy? — zapytała z goryczą w głosie. — Jakby nigdy nic?” — Wiedziała, że to niemożliwe. Agencje wywiadowcze działające z ramienia połowy rządów w Konfederacji dowiedzą się, kim jest, o ile już nie wiedziały. O jej losie nie zadecyduje byle minister na niewiele znaczącej politycznie Garissie.
„»Nic«to za dużo powiedziane — odparł. — Ale uniwersytet przetrwa. Studenci. Przecież dla nich żyjemy, prawda? Musimy to wszystko ochronić, wywiązać się z naszego prawdziwego powołania”.
„Tak — rzekła, jakby ten argument przesądzał sprawę. Wyjrzała przez okno. Przebywali blisko równika, gdzie słońce Garissy powlekało niebo nieskazitelną bielą. — Mają tam teraz październik. W kampusie ludzie brną po kolana w pierzynkach. Zawsze uważałam, że to cholernie kłopotliwe nasiona. Komu przyszło do głowy zakładać rdzennie afrykańską kolonię na świecie, który w trzech czwartych znajduje się w strefie umiarkowanej?”
„Ejże, nikt już dzisiaj nie twierdzi, że musi nam być najlepiej w tropikalnym piekle, ten mit dawno się zestarzał. Liczy się tylko nasza społeczność. Poza tym lubię zimę. A ty byś się nie wściekała, gdyby i tam przez okrągły rok panowały tak dokuczliwe upały?”
