
„Racja”. Zaśmiała się półgębkiem.
Westchnął, patrząc na nią uważnie.
„Alkad, naszym celem nie jest sama Omuta, ale ich gwiazda. Będą mieli szansę. Dużą szansę”.
„Na Omucie mieszka siedemdziesiąt pięć milionów ludzi. Zabraknie im światła i ciepła”.
„Konfederacja pomoże. Do diabła, kiedy Wielkie Rozproszenie osiągało pułap, deportowano z Ziemi ponad dziesięć milionów ludzi tygodniowo”.
„Tamte wielkie statki kolonizacyjne wyszły już z użycia”.
„Nawet dzisiaj Rząd Centralny na Ziemi co tydzień daje kopa milionowi ludzi. Nie zapominaj też o tysiącach wojskowych transportowców. To się da zrobić”.
Pokiwała głową w milczeniu, zdając sobie sprawę z beznadziejności całej sytuacji. Konfederacja nie zdołała nawet doprowadzić do podpisania porozumienia pokojowego między dwiema podrzędnymi planetami, kiedy tego chcieliśmy. Czy Zgromadzenie Ogólne jest w stanie skoordynować zbiórkę skąpo użyczanych środków od ośmiuset sześćdziesięciu autonomicznych układów słonecznych?
Promienie słońca wlewające się przez okno mesy przybrały mdły czerwony odcień i zaczęły gasnąć. Oszołomiona Alkad pomyślała, czy to aby nie sprawka „Alchemika”. Programy stymulacyjne pomagały jej otrząsnąć się z szoku. Uświadomiła sobie, że znajduje się w stanie nieważkości, a kabina tonie w wątłej różowawej poświacie lampek alarmowych. Wokół niej unosili się ludzie. Załoga „Beezlinga” szeptała przyciszonymi, stroskanymi głosami. Coś ciepłego i wilgotnego przywarło do jej policzka.
Uniosła instynktownie rękę. W jej polu widzenia przepływał rój połyskujących w świetle ciemnych plamek. Krew!
— Peter? — Miała wrażenie, że krzyczy, lecz jej głos był prawie niesłyszalny. — Peter!
— Spokojnie, spokojnie — odezwał się jeden z członków załogi. Menzul? Chwycił ją za ramiona, aby nie uderzyła o coś w ciasnej przestrzeni.
