
Joel bez trudu rozpoznał jej ton i westchnął wymownie.
— Nicol Plante, jego mikserka, też musiała brać w tym udział — wyjaśnił. — Przestawiłem ich na wyspy, bo tu, przy koralach, są mniejsze możliwości, żeby…
— Wiem. — Kin się zamyśliła. — Przyślij go. Ją też. Zawsze jak się zbliżamy do końca, ludzie zaczynają się wygłupiać.
— To się nazywa młodość. Wszyscy przez to przechodziliśmy, pamiętasz? Ja zrobiłem parę butów w pokładzie węgla. Przyznaję, że mało pomysłowe, ale na nic lepszego nie wpadłem.
— Chcesz powiedzieć, żebym się go nie czepiała? — upewniła się.
Niepisaną zasadą było, że każdy może raz spróbować czegoś nieortodoksyjnego. Po to były sprawdzacze. Jak dotąd znajdowali wszystkie efekty takich pomysłów, a gdyby nawet jakiś przeoczyli, można było spokojnie polegać na przyszłych paleontologach, że zatuszują wszystko, co im nie będzie pasowało do teorii.
Kłopot w tym, że zawsze mógł się zdarzyć wyjątek od reguły…
— Jest dobry — powtórzył Joel. — Niedługo będzie doskonały. Tylko nie urwij mu jaj, dobrze?
Kin nie skomentowała prośby. Parę minut później ryk za oknem ucichł, a po chwili jeden z autosekretarzy pojawił się w drzwiach, prowadząc… krępego blondyna o skórze koloru gotowanego raka i chudą, łysą panienkę ledwie że pełnoletnią. Oboje stanęli, osypując na dywan koralowy pył i przyglądając się siedzącej za biurkiem Kin z mieszaniną strachu i wyzwania.
— Siadajcie — zagaiła. — Chcecie coś do picia? Wyglądacie na odwodnionych… myślałam, że kabiny mają klimatyzację…
Parka spojrzała po sobie.
— Mają — przyznało dziewczę. — Ale Frane lubi czuć, co robi.
— Jego wola — mruknęła Kin. — Lodówka to to okrągłe, co wisi właśnie za wami. Częstujcie się.
Oboje podskoczyli, gdy lodówka delikatnie trąciła ich w plecy, wyjęli z niej jakieś soki i usiedli, uśmiechając się nerwowo.
Nie ulegało wątpliwości, że bali się Kin, co ją dziwnie peszyło, choć było zrozumiałe.
