— Najpierw odwieziemy hrabinę Aleksandrę do „Sachera”. Potem do ambasady amerykańskiej.

— Miałeś iść ze mną na zakupy — nadąsała się Aleksandra.

— Przykro mi. Jack mnie wezwał.

— Jack! Jack! Tak jakby to on się podkładał, kiedy ci się zachce amorów.

Wyglądała wspaniale w zielonej skórzanej garsonce, na którą składały się króciutka spódniczka i żakiecik. Jego dekolt rozchylał się chwilami, co przyprawiało Elka niemal o atak serca.

— Jeżeli teraz ty masz ochotę — szepnął Malko wsuwając rękę pod skórzaną mini — to zostało mi jeszcze parę minut. Przesunął palce w górę i oczy Aleksandry zasnuły się mgłą. Uwielbiała kochać się w niezwykłych warunkach. Samochód zatrzymał się przed hotelem. Aleksandra wysiadła i nachyliła się jeszcze do Malka.

— Potem pójdziesz ze mną zwiedzić cesarską kryptę u świętego Stefana.

— To ja przekazałem Heidi, że ma spotkać się z Johnem w Berchtesgaden, w hotelu „Geiger”. Nic więcej nie wiedziałem. Znali się. Pracowali już razem. — Spotkali się tam. John przyjechał z Monachium. Śledził niejakiego Farida Badra. To Libańczyk posługujący się jordańskim paszportem. Przyjechał z Nowego Jorku. Przenocował w hotelu, wynajął samochód i wyjechał. Byli sami w biurze, którego okna wychodziły na Prater i Dunaj. Zgiełk miasta nie docierał do klimatyzowanego pokoju. Amerykanin zdjął marynarkę. Pod nią miał czerwone szelki i „dobraną” koszulę w paski. Był bardzo brytyjski. Dosłownie co trzy minuty dolewał sobie kawy. Sekretarka raz po raz wchodziła z pilnymi wiadomościami z Langley. Wiedeń to w końcu jedna z najważniejszych stacji Firmy.

— Kim jest ten Badr? — zapytał Malko.

— Libańskim człowiekiem interesu. Mieszka w Nowym Jorku. Bardzo bogaty. Jego rodzina posiada nieruchomości w Bejrucie. On sam ma duże przedsiębiorstwo importowo-eksportowe. Współpracuje z całym światem. Zwłaszcza w dziedzinie elektroniki. Dał o sobie znać w czasie afery Irangate. Usiłował zdobyć elektroniczne karty programowe dla irańskich phantomów zamontowanych nieruchomo na ziemi.



17 из 182