
Podszedł Kamel. Spojrzał na ciało i pchnął nogą w przepaść. Zatrzymały je w dole i zakryły gałęzie świerków. Zerknął na zegarek. Zbałamucili dwadzieścia pięć minut. Powie, że przeciągnęło się przesłuchanie. Zresztą Hamadi miał to gdzieś. Ważne, że załatwili szpiegów.
— Schodzimy — nakazał.
Nie spotykając żywego ducha zeszli po samochód, a potem udali się do Intereck, gdzie czekał Tarik.
Nieliczna grupka ludzi zebrała się przy wyjściu z kościoła w Kahienbergu, na północ od Wiednia. Kilka kobiet w czerni, dystyngowany starszy pan o zaczerwienionych oczach — ojciec Heidi, garstka przyjaciół, dwaj fotoreporterzy i parę staruszek, dla których pogrzeby stanowiły jedyną rozrywkę. Spojrzenia oczekujących na zwiedzanie kościoła turystów przyciągnęły Malko i Aleksandra, którzy wysiedli z niebieskiego rollsa i dołączyli do konduktu. Nikt natomiast nie zwrócił uwagi na wysokiego, eleganckiego mężczyznę, który polecił złożyć na trumnie ogromny wieniec bez napisu. Któż by pomyślał, że to Jack Ferguson, szef wiedeńskiej komórki CIA? Wersja oficjalna głosiła, że Heidi spadła w przepaść w Masywie Obersaltzburskim. Rodzinie nie powiedziano, że została zgwałcona. BND dopilnował, żeby śledztwo prowadzone było z zachowaniem pełnej dyskrecji. Prasa milczała. Ciało Johna Mackenzie odesłano do Stanów w zaplombowanej trumnie. Tym razem również mówiło się o wypadku w górach. Jednak ubrania i ciało ofiary badane były przez najlepszych specjalistów z Federalnego Urzędu Kryminalnego. Wyniki ekspertyz przekazano BND, a przez nią — CIA…
Malko patrzył, jak zamykają się drzwi karawanu.
Trumna ginęła w powodzi kwiatów. Było mu smutno.
Miał kiedyś przelotną, ale miłą przygodę z Heidi. — Spotkamy się za pół godziny w moim biurze — szept Jacka Fergusona wyrwał go z zadumy.
Ludzie rozchodzili się powoli. Tylko rodzina szła na cmentarz. Elko Krisantem, oczekujący za kierownicą silver spirita, zapytał:
— Dokąd jedziemy, Wasza Wysokość?
