
Farid Badr z westchnieniem opadł na krzesło.
— Tak, ale ta wysokość! Mam zawroty głowy! W autobusie czułem się jak w helikopterze. Umieram z głodu. Tarik Hamadi wstał.
— Chodź, zarezerwowałem stolik. Tu nie podają posiłków.
Mężczyźni przeszli do małej, kwadratowej salki „Scharitzkehstube” — sali Ewy Braun, bardziej intymnej dzięki sosnowej boazerii. Było tu prawie pusto. Siedli przy oknie, z którego rozpościerał się widok na ośnieżone pasmo z Górą Watzmanna. U kelnerki w stroju bawarskim zamówili sznycel po wiedeńsku, gulasz i strudel z jabłkami. Turyści ściągali tu nie dla kuchni, ale dla wciąż obecnego demona nazizmu. Trudno sobie wyobrazić, że urocza bawarska tawerna służyła kiedyś Hitlerowi za salę konferencyjną.
— Masz to? niecierpliwie zapytał Hamadi. Farid Badr skinął głową.
— Pokaż!
— Tu?
— Sami turyści — wzruszył ramionami Hamadi. — Jesteś pewien, że nikt cię nie śledził?
— W Monachium zrobiłem wszystko, żeby tego uniknąć.
— A wcześniej?
— Nie zauważyłem nic niepokojącego.
Pod natarczywym spojrzeniem Hamadiego Badr wyjął z teczki plastikową torebkę z małym, czerwonym cylindrem, nie wiele większym od szpuli z filmem 24x36 mm. Wystawał z niego czarny kabel złożony co najmniej z dziesięciu cieniutkich przewodów. Hamadi ujął przedmiot ostrożnie, jakby chodziło o klejnot. Potem aż nadto serdecznie uściskał ramię Badra.
— Brawo! A reszta? Ile ich jest?
— Czterdzieści. Dotrą ustaloną drogą.
Hamadi obracał w grubych palcach dziwne urządzenie, nie mogąc zdobyć się na wsadzenie go do torebki. — Więc to jest krytron? Dlaczego właściwie nie potrafimy sami tego zrobić?
Farid Badr, który znał się trochę na technice, uśmiechnął się pobłażliwie.
