
– Sivert nie żyje – rzekła niskim, nieswoim głosem. – Johan powiedział, że Sivert nie żyje.
Oczy Mali na powrót nabiegły łzami. Czuła ból w całym ciele, ogarnęła ją rozpacz. Bała się, że nie udźwignie smutku i tęsknoty po stracie teścia, ale nie mogła poddać się słabości. Wiedziała, że najpierw trzeba uporać się ze sprawami związanymi z pogrzebem i że większość z nich spadnie na nią. W każdym razie dzisiejszego dnia, ponieważ zwykle tak zaradna Beret sprawiała teraz wrażenie całkiem niezdolnej do działania. Mali nie sądziła, by ten stan trwał długo, i wierzyła, że teściowa szybko się pozbiera i większością spraw sama pokieruje. Dziś jednak potrzebowała pomocy, to oczywiste.
– Tak, Sivert nie żyje – szepnęła i otarła ręką oczy. – Powinniśmy posłać po Marię Kleven. Trzeba też kupić materiał na pośmiertną szatę i posłać po stolarza Andersa, żeby zbił trumnę. Nikolai poprowadzi czuwanie przy zwłokach, gdy przygotujemy Siverta na ostatnią drogę. Trzeba zawiadomić ludzi…
Przez moment w oczach wdowy pojawił się błysk niechęci i coś na kształt nienawiści. Cofnęła rękę.
– Tak, dobrze wiesz, co robić – rzekła krótko. – Myślisz, że sama sobie nie poradzę z pochowaniem męża?
Mali ogarnęła bezradność. Nawet w takiej chwili Beret nie umiała przyjąć pomocy ani nie życzyła sobie współczucia. Jak ubogie jest jej życie, chłodne i samotne.
– Chciałam ci tylko pomóc – odparła cicho i odwróciła się.
– Uważam, że powinnaś pozwolić Mali zająć się pogrzebem – zauważył Johan i podszedł do matki. – Potrzebujesz wsparcia, mamo. Musimy jednoczyć się w smutku; zrozum, to dla nas wszystkich cios.
– On był moim mężem – rzekła Beret i spojrzała na syna. – Nikt nie przejmie…
Johan objął ją i przytulił.
– Nikt ci nic nie odbierze, mamo – zapewnił. – Ale skoro spotkało cię coś takiego, kiedy ojciec…
Głos mu się załamał i Johan znowu się rozpłakał. Przez chwilę Beret siedziała nieruchomo obok łkającego syna, ale i ją powoli ogarniał płacz. Nie gwałtowny i niepohamowany – łzy tylko cicho spływały jej po twarzy.
