
W końcu Mali zarzuciła ten pomysł. Doszła do wniosku, że jej miejsce jest w Stornes, jej syn odziedziczy wspaniały dwór, a jego imię – ani jej – nie będzie zamieszane w żaden skandal…
Kiedy zeszła z poddasza, gdzie ułożyła do snu Małego Siverta, Johan siedział w salonie i przeglądał stary album fotograficzny.
– Co robisz? – spytała Mali zdumiona.
Johan podniósł głowę i spojrzał na nią. W jego wzroku pojawiło się coś mrocznego, co ją zaniepokoiło.
– Oglądam stare zdjęcia – odparł. – Ojca i matki – dodał. – I moje, kiedy byłem dzieckiem. Olaus Innstad miał rację: trudno jest stwierdzić, do kogo Mały Sivert jest podobny.
Mali zrobiło się gorąco. Drżącą ręką odgarnęła włosy, starając się opanować. Usiadła obok męża i spojrzała na pożółkłe zdjęcia.
– Co cię napadło, Johan? – spytała, starając się, jak mogła, by jej głos brzmiał spokojnie i naturalnie. – Najważniejsze, czyim jest dzieckiem, a nie do kogo jest podobny.
Johan nie odpowiedział. Kiedy zamykał album, wypadło mu na kolana jakieś luźne zdjęcie – zdjęcie ciemnowłosej dziewczynki, z kręcącymi się lokami wokół twarzy i dużymi ciemnymi oczami.
– Popatrz tylko – rzekła Mali, podnosząc fotografię. – Jest podobny do twojej matki. Jeżeli ty w to nie wierzysz, to ja widzę, że jest bardzo podobny również do swojego ojca.
Przez chwilę spodziewała się, że Bóg ześle na nią grom za te właśnie słowa. Nie za kłamstwo, wręcz przeciwnie: kryło się w nich więcej prawdy, niż ktokolwiek by przypuszczał. Ale Johan tego nie wiedział i nigdy się nie może dowiedzieć. Dlatego nieustannie musi go utwierdzać w przekonaniu, że Mały Sivert jest do niego podobny.
Johan wziął od niej zdjęcie i schował z powrotem do albumu. Potem uśmiechnął się nieznacznie i objął Mali ramieniem.
