
Gdy księżyc był już wysoko na niebie, Emily zdecydowała, że czas wracać do domu.
– Ale Anna nigdy nie kładzie dzieci przed dziewiątą – zaprotestował Jonas – nie ma więc sensu iść do niej wcześniej. Po prostu nie będzie miała dla nas czasu, a spacer w wodzie to dla duszy równie dobry balsam jak sen.
Szli więc dalej. Obok siebie. Jak dwoje przyjaciół.
Dwoje dobrych przyjaciół.
Emily milczała, całą sobą ciesząc się wieczorem, cudowną pieszczotą obmywających stopy fal i chłodną księżycową poświatą. Ten spacer sprawił, że uczucie krańcowego wyczerpania i osamotnienia minęło. Wiedziała, że tej nocy będzie spała jak dziecko. I to dzięki Jonasowi.
Wciąż nie była pewna, jak to się stało, ale kiedy doszli do skalnego urwiska i dalszy spacer stał się niemożliwy, odwróciła się do niego, jakby pod wpływem impulsu.
– Dziękuję – powiedziała.
– Za co? Za zabranie pięknej kobiety na spacer po plaży? – odparł z uśmiechem. – To dla mnie ogromna przyjemność.
Piękna kobieta… Kiedy ostatnio ktoś do niej tak mówił? Dziadek, Charlie… ale oni mówili tak do niej od chwili, gdy skończyła trzy lata. W akademii medycznej miała sympatie, ale odkąd przeniosła się do Bay Beach… nie miała na to czasu.
Nie miała czasu, żeby ktoś mówił do niej, że jest piękna? Pomyślała, że to absurdalne i na jej twarzy pokazał się gorzki uśmiech.
– Z czego się śmiejesz? – zapytał.
– Z niczego – odparła i odwróciła twarz w stronę, gdzie Jonas zostawił samochód.
Szedł wolno obok niej. Spodnie miał mokre aż do kolan. Wprawdzie podwinął je wysoko, ale i tak się przemoczyły. Nie przejmował się tym jednak. Wieczór był ciepły, a dotyk fal taki cudowny. Suknia Emily również była mokra, aż do ud, ale ona też nie zwracała na to uwagi. Czuła, że kręci się jej w głowie i nie miała pojęcia dlaczego.
