
Gabinet Flynna wychodził na okrągłe pomieszczenie nazywane centralą mózgów. Niewątpliwie architekt zaprojektował tu normalne pokoje z drzwiami i ścianami, ale Flynn, jak zwykle, zlekceważył to, co nakazywała logika.
Kabina rzeczywistości wirtualnej, do której zajrzała Molly w poszukiwaniu malucha, znajdowała się w okolicy drzwi. Na środku centrali mózgów stał olbrzymi stół. Wygodne krzesła przypominały bardziej łóżka. Sufit pokryty był plakatami przedstawiającymi postacie z kreskówek, gwiazdy rocka i krajobrazy. Molly z początku uważała to za wariactwo, ale po kilku miesiącach pracy z szaleńcami doszła do wniosku, że za bardzo ich lubi, by zwracać uwagę na ich ekscentryczny styl bycia.
Zaglądała wszędzie, w każdy zakamarek, których tu naprawdę nie brakowało. Nigdzie nie było śladu małego stworzonka.
Czuła, że serce zaczyna jej bić coraz szybciej. Wytłumaczyła sobie, że to dlatego, iż dziecko uciekło, ale to nie była prawda. Zdenerwowała się już wcześniej. Ta cała scena z matką Dylana wywołała ściskanie w żołądku, a, co gorsza, w jej pamięci ciągle jeszcze tkwił obraz, jak to zachęcała Flynna do pieszczot.
Poczuła ucisk w gardle. Wybiegła z centrali mózgów i popędziła do sali odpoczynku. W zasadzie pieszczota to nie było właściwe słowo. Chciała się kochać z Flynnem. Prawdopodobnie zrobiłaby to, gdyby im nie przeszkodzono w ostatniej chwili.
Myśli przelatywały w jej głowie jak błyskawice. Do diabła, czy to jest naprawdę jego dziecko? Czy Flynn rzeczywiście spał z tą kobietą – kobietą, której nawet nie poznał?
Molly była pewna, że zna go dobrze. Jego impulsywność i to, że nie można było przewidzieć, co zrobi, czyniły z niego ciekawego mężczyznę, choć te cechy jego charakteru trochę ją niepokoiły. Był szalony, to prawda, ale nie sądziła, że mógłby być tak nieodpowiedzialny. Wierzyła, że ma dobre serce, a tymczasem…
Niczego nie można być pewną, pomyślała. Jedynie tego, że gdzieś tutaj pełza puszczone samopas dziecko i ktoś musi je znaleźć, zanim mu się coś stanie.
