– O, tak! Jest! Wiem to na pewno. I jeśli przypomnisz sobie to, co zdarzyło się dwadzieścia dwa miesiące temu, też będziesz wiedział. Zresztą można zrobić badania krwi, które ci to udowodnią. Wierz mi, że to twój syn. – Chwyciła torebkę i wyciągnęła z niej kopertę. Papiery rozsypały się po biurku. Były tam świadectwa lekarskie, pewnie i metryka urodzenia dziecka. – Potrzebuję pracy, mieszkania. I szansy na nowe życie. I zdobędę to. Dziecko zniszczyło wszystko, co miałam. Od tej chwili ty się o nie martw.

Odwróciła się w stronę drzwi. Flynn rzucił się za nią.

– Chwileczkę. Na litość boską, przecież nie możesz tak po prostu stąd wyjść…

– Nie mogę? Popatrz tylko.

Molly nie była w stanie się ruszyć. To wszystko było takie nierealne. Cała ta awantura trwała może pięć minut, a kobieta wybiegła z biura tak szybko, jak się tu zjawiła.

Flynn pobiegł za nią. Molly zdążyła zauważyć jego śmiertelną bladość. Słyszała jego donośny głos rozbrzmiewający w holu i cichnący w miarę, jak oboje zbliżali się do wyjścia. Poza tym panowała kompletna cisza, nie dlatego, że nikogo nie było w pracy, lecz dlatego, że wszyscy, tak jak i ona, przysłuchiwali się temu, co się działo.

Po kilku chwilach Molly oprzytomniała. I wtedy zauważyła, że zdesperowana Virginia zostawiła swoją przesyłkę. Dzieciak błyskawicznie przemieszczał się na czworakach po całym pomieszczeniu i to z szybkością, za którą nawet na autostradzie dostałby mandat.

Nagle zniknął z oczu. Z początku nikt nie zwrócił na to uwagi.

ROZDZIAŁ DRUGI

Molly wybiegła z gabinetu Flynna szukać dziecka. Nawet się nie denerwowała. Pomyślała, że gdyby małemu się coś stało, słychać byłoby płacz. Poza tym w biurze byli przecież ludzie. Chciała tylko sprawdzić, dokąd dziecko powędrowało. W końcu nie było to zbyt bezpieczne miejsce dla raczkującego malucha.



12 из 114