
Simone nalewała sobie kolejny kubek aromatycznego płynu.
– Widziałaś może małe dziecko kręcące się tutaj? – zapytała Molly.
– Jeśli masz na myśli tego diabełka poruszającego się na czworakach… Wielkie nieba, czy to naprawdę dziecko Flynna? – Simone po raz pierwszy w życiu nie była wściekła, że jej ktoś przeszkadza.
Ale Molly nie chciała tracić czasu na pogawędki.
– Nie wiem. Mały po prostu zniknął, gdy rozmawialiśmy.
– Widziałam go sunącego za Baileyem. Biedactwo. Jest zbyt malutki, by umieć sobie dobierać towarzystwo. A Bailey wyglądał na przerażonego. – Nałożyła słuchawki na uszy i ponownie skoncentrowała się na pracy.
Molly niemal biegiem ruszyła do wskazanej przez Simone części budynku. Jej serce biło jak oszalałe. Może do tej pory niezbyt przejmowała się dzieckiem, ale Bailey był jeszcze bardziej roztargniony niż Simone, a biura programistów były bardzo niebezpieczne dla maleństwa. Komputery i drukarki ustawicznie terkotały, a telefony, druty i inny sprzęt były łatwo dostępne dla małych rączek.
Pierwszy pokój należał do Ralpha, który siedział na swoim, przypominającym tron, pomarańczowym fotelu, stanowiącym niemiły kontrast z czerwonym dywanem. Ralph miał dwadzieścia cztery lata, zazwyczaj pracował boso, a jego jasne, cienkie włosy, związane w kitkę, unosiły się w górę przy każdym ruchu ich właściciela. Pisał coś na dwóch klawiaturach – prawie jednocześnie – i z pewnością nie zauważyłby nawet tornada, gdyby tu wtargnęło, a co dopiero pełzającego dzieciaka.
Minęła jego pokój, potem pokój Simone i Darrena, który dziś pracował w domu – i skręciła w korytarz, gdzie było biuro Baileya. Zamarła przed drzwiami i przyłożyła dłoń do piersi, by uspokoić szalejące serce.
