
Flynn otworzył podwójne drzwi frontowe, wszedł do wnętrza ze swym ciężarem i zapalił światło. Zaraz za nim weszła Molly z dzieckiem na ręku.
– Może bardziej spodoba ci się wnętrze – rzucił zaczepnie. – Lubię przestrzeń. Duszę się w małych mieszkaniach w mieście. Z tyłu domu jest las i strumyk. Dużo pracuję w domu, więc musiałem unowocześnić pewne rzeczy…
– Widzę. – Molly z trudem utrzymywała wiercącego się malucha, ale nie przeszkadzało jej to rozejrzeć się dookoła. I znowu w jej oczach pojawiły się iskierki rozbawienia. – Ja cię nie krytykuję, Flynn. To bardzo romantyczne miejsce, wprost idealne dla nietypowego marzyciela.
– Nie jestem romantykiem!
– O, przepraszam. Czyżbym cię uraziła? Muszę zapamiętać, by już nie używać w stosunku do ciebie takich określeń. Mały jest niespokojny. Chyba powinieneś przynieść pieluszki.
Flynn wniósł całe zakupy do mieszkania i starał się ułożyć je jakoś, by nie robić bałaganu. Przez cały czas słyszał, jak Molly przemawia do dziecka miłym, ciepłym głosem, zupełnie innym od tego, jakim mówiła do niego przez całe popołudnie.
Miał nadzieję, że spodoba się jej to miejsce. On je bardzo lubił. Jego zdaniem było idealne. Największy pokój uzupełnił drewnianymi belkami i świetlikiem, kupił trzy olbrzymie zielone kanapy i umieścił je wokół wielkiego kamiennego kominka. Nie znał się na obrazach i drobiazgach, ale uważał, że i bez nich kącik wypoczynkowy prezentuje się świetnie. Gruby biały dywan z alpaki doskonale nadawał się do odpoczynku przy płonącym na kominku ogniu. Wyobraził sobie, jak cudownie wyglądałaby tu Molly podczas długich, zimowych wieczorów.
– Wniosłeś już wszystko? – zapytała, przerywając mu słodkie marzenia.
Jej głos brzmiał tak zimno, że mogłaby nim ochłodzić szampana.
– Opróżniłem oba samochody… A może chciałabyś zjeść ze mną kolację? Bardzo bym się ucieszył.
– Dziękuję, ale wolałabym już iść. Ależ masz wspaniałą kuchnię! Jest tam wszystko, o czym można pomarzyć.
