Może okazać się, że zupełnie do siebie nie pasują. Ale najpierw należy to sprawdzić. Wiedział, że Molly nie tylko go lubi, ale również szanuje. Wyczuwał to pomimo istniejącego między nimi zafascynowania sobą.

Tak było do chwili przybycia Virginii.

Flynn skręcił na podjazd przed swoim domem. W chwili gdy wyłączył silnik, malec siedzący obok niego w swoim foteliku wydał z siebie głośny pisk. Flynn obejrzał się. Molly była tuż za nim. Mógł nie bać się jeszcze przez chwilę.

Otworzywszy bagażnik, wysiadła z samochodu i przez dłuższy czas przyglądała się posiadłości. W jej oczach pojawiły się iskierki uśmiechu, gdy szła po dziecko.

– Wierz mi, McGannon. Nawet gdybym nie znała adresu, wiedziałabym, że to twój dom.

– Skąd?

– To jest po prostu zamek.

– Zamek? Przecież nie jest duży…

– Tu nie chodzi o wielkość. Tylko marzyciel mógłby zamieszkać w czymś takim.

– Nie podoba ci się? – Flynn wiele razy wyobrażał sobie, jak ją tu przywozi.

– Podoba, ale nie mogę powstrzymać się od śmiechu, bo tak dobrze do siebie pasujecie. O, słyszę, że nasz młody tenor zaczyna swój koncert. Ja go wezmę, a ty otwórz drzwi i zacznij wnosić rzeczy.

Zrozumiał, że Molly grzecznie daje mu do zrozumienia, że nie powinien stać jak kołek, tylko wziąć się do roboty. Zaczął pospiesznie szukać kluczy. Idąc z naręczem paczek w kierunku domu, spojrzał nań badawczo.

Jaki zamek! To był po prostu stary dom. Zirytowało go to, że Molly nazwała go marzycielem. Wprawdzie pokochał ten dom od pierwszego spojrzenia, ale doprowadzenie go do stanu używalności wymagało ciężkiej pracy, a nie marzeń. Budynek wzniesiony był z kamienia, miał dach pokryty gontem i staroświeckie okna o małych szybkach, które połyskiwały teraz w świetle księżyca. Na pewno nie powinien kojarzyć się nikomu z jakimś snobistycznym zamkiem.



25 из 114