
Kiedy pierwszy raz ją ujrzał, myślał, że purpura jest naturalnym kolorem jej policzków – podczas rozmowy czerwieniła się bez przerwy. Teraz już rzadziej udawało mu się wywołać na jej twarzy rumieniec, ale tym razem mu się poszczęściło. Zauważył jeszcze coś, jakiś błysk w oczach. Było to coś zupełnie nowego.
– Przestań – rzekła stanowczo.
– O co ci chodzi? – zapytał z zainteresowaniem i podniósł się zza biurka.
– Przestań tak na mnie patrzeć, McGannon! I to natychmiast!
Zrobił krok w jej stronę. Nie tylko nie czuła się zawstydzona, ale zuchwałym gestem oparła ręce na biodrach. Flynn dobrze pamiętał, jak bardzo denerwowała się na początku, gdy tak na nią patrzył. Był wobec mej szczery. Nie zagrzałaby miejsca w jego firmie, gdyby nie umiała mu się przeciwstawić. W ciągu tych sześciu miesięcy wiele się nauczyła.
– Przecież patrzysz na mnie w taki sam sposób – zauważył, zbliżając się do niej.
– Nieprawda. Odejdź, albo za chwilę będziesz miał podbite oko.
– Nie, nie zrobisz tego, bo sobie na to nie zasłużyłem. I nie robiłbym tego, gdybym nie był pewien, że oboje tego chcemy. Powiedz „nie", a będę grzeczny. Przyrzekam.
Nie powiedziała, ale posłużyła się swoją ulubioną bronią – logiką.
– Lubię tę pracę i nie chcę jej stracić.
– Ja też nie chciałbym, żebyś odeszła. Jesteś mi absolutnie niezbędna. Zginę bez ciebie. Wcale nie żartuję. Mówiłem ci tego dnia, kiedy przyjąłem cię do pracy, że jestem kompletnym głąbem w twojej dziedzinie, ale powoli się uczę. Jeśli moje postępowanie sprawia ci kłopot, powiedz mi o tym.
– To nie jest takie proste, dobrze o tym wiesz. Ludzi, którzy pracują razem, nie powinno łączyć uczucie. Ktoś w końcu zostanie skrzywdzony lub pozbawiony pracy.
– Przecież wcale nie musi tak być. Jeśli obydwoje są wobec siebie szczerzy i przestrzegają pewnych zasad…
– Ty nie przestrzegasz żadnych zasad, Flynn. Po prostu lubisz anarchię, a nie wszyscy są tacy. Niektórzy nie potrafią iść z kimś do łóżka, a nazajutrz udawać, że nic się nie stało.
