
– Dzień dobry, potrzebuję podbić… – zacięła się na ułamek sekundy, szukając odpowiedniego słowa. – Podkuć konia. – Wskazała trzymaną za cugle klacz.
Proste, wydawałoby się, polecenie stropiło ich wyraźnie. Starszy kowal poskrobał się po głowie.
– Mam podkowę. – Wręczyła mu znalezisko.
– Zaraz zobaczymy, co się da zrobić – obiecał.
Cążkami wyrwał jeden ocalały hufnal i oglądał, jakby coś podobnego widział pierwszy raz w życiu. Wyszukał kawałek stalowego drutu, rozgrzał go w piecu i bez problemu przekuł na sześć odpowiednich gwoździ. Schłodził je w misce z wodą.
– Która to noga? – zapytał z głupia frant. Pokazała mu gestem. Z dżinsów wyciągnęła pasek, oplotła pęcinę i złapawszy kopyto, ustawiła je w pozycji do pracy. Kowal z wyraźną obawą podszedł do zwierzęcia. Przeczyścił zrogowaciałą tkankę pilnikiem, najgrubszym jaki znalazł, przyłożył podkowę odwrotnie niż trzeba, zauważył błąd, odwrócił, przypasował, a potem zręcznie wbił wszystkie hufnale. Cofnął się nieco pobladły i otarł pot z czoła.
– Co się stało? – Popatrzyła na niego zaskoczona.
– Wybaczy pani. – Uśmiechnął się lekko. – Ten ogierek wygląda na narowistego.
Co on, płci nie rozpoznał na pierwszy rzut oka? Przygłup jakiś?
– Ile się należy? – zagadnęła, sięgając do kieszeni po pieniądze.
– Nie mam pojęcia. – Bezradnie rozłożył ręce. – Dziesięć złotych nie będzie za drogo?
– Ja też nie wiem. Jak to? – Wytrzeszczyła oczy. – Przecież kowale…
– No, niby tak – przyznał. – Tylko że, wie pani, jestem z wykształcenia fizykiem. Roboty w zawodzie nie mogę znaleźć, no to zabrałem się za rzemiosło. Metodą prób i błędów dochodziłem do wprawy. I jakoś prosperujemy, na chleb wystarcza. To był pierwszy raz, kiedy podkuwałem konia.
