
– Majątek wznawia działalność. Potrzebuję pracowników. Dam dobre warunki i nieźle zapłacę. W zamian oczekuję wydajnej pracy.
– A co, znaczy, trzeba by robić? – zainteresował się Heniek.
– Na początek głównie karczowanie krzaków i prace ziemne. Potem trzeba będzie poprawić nawierzchnię drogi, znajdzie się robota przy ciesiołce, ścince drzew i murarce.
– E, to nie dla nas. – Rozczarował się z miejsca.
– A co byś chciał? – Spojrzała na niego badawczo.
– Traktorzystą byłem. – Wypiął dumnie zapadłą pierś. – A i vistulą jeździć umiem.
– Co to, u diabła, jest vistula? – zdumiała się Stanisława.
– Bardzo starego typu kombajn – powiedziała jej kuzynka. – Robili je zanim ruszyła produkcja bizonów. Ostatni widziałam… No, będzie z piętnaście lat temu.
– Sprzętu zmechanizowanego nie będziemy chwilowo używali – dziedziczka zwróciła się do kandydata na pracownika.
– E, to ja nie jestem zainteresowany. A siłą nas nie zagonicie. Pańszczyzna zniesiona. – Poczuł się ciut pewniej.
– W zasadzie tak. – Katarzyna otworzyła teczkę. – Jednak nie do końca. Nabyłyśmy cały majątek, wasze baraki też.
– Baraki, ale nie ludzi – warknął Józwa. – Nasze ulice, wasze kamienice. – Resztki pamięci, nie do końca wypłukanej samogonem, przechowały troskliwie usłyszane kiedyś od dziadka, przedwojenne jeszcze hasełko i wykorzystały je twórczo.
– W sumie na jedno wychodzi. Skoro baraki są nasze, będziecie musieli płacić czynsz. Takie jest prawo. Do tego fundusz remontowy i akumulacyjny.
Tubylcy popatrzyli na nią kompletnie zdumieni.
– Jak to? – wykrztusił ktoś.
– Nie będzie wysoki – uspokoiła ich Stanisława. – Trzysta złotych miesięcznie. Kto nie zapłaci, pół godziny na spakowanie i won. Nie pójdzie dobrowolnie, to wyniesiemy w kawałkach.
Katarzyna syknęła na nią dyskretnie. Kuzynka znowu nieco przesadziła.
