Kiwnęła głową i spojrzała znacząco na Monikę. Księżniczka uśmiechnęła się i bez trudu wyrwała gołą ręką skobel. Zaszemrali ze zdumienia. Weszli do środka, płosząc myszy, które rzuciły się do panicznej ucieczki. Niewielkie pomieszczenie dawnej świetlicy zawalone było resztkami mebli. Ściany, murowane z pustaków, były kiedyś obite drewnopodobną boazerią. Obecnie pozostały z niej tylko łaty i listwy cokołowe. Kable wyszarpano. Linoleum kryjące pozrywaną podłogę było nieprzyjemnie szare. Betonowy strop znaczyły rdzawe zacieki: żelazne pręty korodowały pomalutku. Przez dwa brudne, zakratowane okna wpadało trochę światła. Mniej więcej jedną piątą sali zajmowała drewniana scena.

– Krzesło – zadysponowała dziedziczka.

Sołtys rzucił się w stronę stosu połamanych mebli, wyszukał taboret, przetarł go ofiarnie własnym rękawem i ustawił na podwyższeniu. Usiadła. Patrzyła teraz na zebranych z góry.

– Wiem, co wam chodzi po głowach – powiedziała. – Wasi przodkowie byli chłopami pańszczyźnianymi mojej rodziny jeszcze przed opuszczeniem Kruszewie Nowych na początku siedemnastego wieku. Znacie nasze rodzinne legendy.

– A jakże. – Brygadzistka Hanka wytarła usta dłonią – Opowieść o pannie Stanisławie, która zarżnęła męża, napiła się jego krwi i już się nie zestarzała, i nie umarła…

Alchemiczka przechyliła głowę i otaksowała spojrzeniem brudną, starą babę.

– Dziadkowie opowiadali – dodał Maciej. – Ostrzegali, że możesz wrócić, ty wampirzyco…

– Co do męża, należało mu się. – Wzruszyła ramionami. – I nie czuję najmniejszych wyrzutów sumienia. – Twarze pobladły. – Ale co do reszty, mylicie się całkowicie – zaprotestowała z godnością. – Nie jestem wampirem.

– Ja jestem – nagle odezwała się siedząca na parapecie okna Monika i dla potwierdzenia słów strzeliła ssawką.

Mieszkańcy przeżegnali się odruchowo.

– Czego od nas chcesz? – zapytał sołtys. – Krwi? Złota ani pieniędzy nie mamy…



22 из 215