Nie było łatwo wyjąć trumnę. Choć była mała, drewno było mocno zniszczone, a jej wnętrze tak pełne ziemi, że ważyła chyba tonę. Miałam rację kopiąc z boku, choć okazało się, że potrzebujemy jeszcze więcej miejsca. Trzeba było powiększyć wykop o ponad pół metra, bym mogła wsunąć pod trumnę sklejkę. W końcu zdołaliśmy unieść wszystko za pomocą liny.


O piątej trzydzieści wykończeni piliśmy kawę w klasztornej kuchni, a nasze palce, stopy i twarze stopniowo odzyskiwały czucie. Elisabeth Nicolet, jej trumna i mój sprzęt umieszczone zostały w furgonetce archidiecezji. Na drugi dzień Guy miał zawieźć ją do Laboratorium Medycyny Sądowej w Montrealu, gdzie pracowałam jako antropolog sądowy prowincji Ouebecu. Ponieważ przypadki takie jak ten nie są zaliczane do sądowych, aby wykonać badania w Laboratorium, trzeba było uzyskać specjalną zgodę Biura Koronera. Na analizy miałam dwa tygodnie.

Odstawiłam kubek i pożegnałam się. Znowu. Siostry mi podziękowały, znowu, spięte twarze wykrzywiając w uśmiechach, już zaniepokojone tym, co mogę odkryć. Wspaniale się uśmiechały.

Ojciec Menard odprowadził mnie do samochodu. Zrobiło się ciemno i padał lekki śnieg. Czułam, że płatki padające na moje policzki były dziwnie gorące.

Ksiądz jeszcze raz zapytał, czy na pewno nie chcę zostać na noc w klasztorze. Śnieg skrzył się w świetle padającym z werandy. Jeszcze raz odmówiłam. Jeszcze tylko kilka ostatnich wskazówek jak jechać i już wyjeżdżałam.

Po dwudziestu minutach jazdy po dwupasmowej szosie zaczęłam żałować swojej decyzji. Płatki śniegu, które do tej pory od niechcenia unosiły się w światłach samochodu, zaczęły zacinać ukośnie. Szosa i drzewa po obu stronach pokrywała coraz grubsza warstwa bieli.

Mocniej ścisnęłam kierownicę, dłonie w rękawiczkach zwilgotniały.



13 из 341