
Strach ma jedną zaletę: usuwa zmęczenie. Chociaż byłam zmęczona, nie przestawałam być czujna, zacisnęłam zęby, wyciągnęłam szyję i napięłam mięśnie. Wschodnia Autostrada nie była o wiele lepsza niż boczna droga. Normalnie do Montrealu jadę dwie godziny. Tym razem jechałam prawie cztery.
Tuż po dziesiątej znalazłam się w mieszkaniu, wykończona, ale zadowolona, że jestem w domu. W domu w Quebecu. W Północnej Karolinie byłam prawie dwa miesiące. Bienvenue. Znowu zaczęłam myśleć po francusku.
Włączyłam ogrzewanie i sprawdziłam lodówkę. Pusto. Do mikrofalówki wrzuciłam mrożone burrito i zjadłam popijając piwem korzennym o temperaturze pokojowej. Kuchnia niezbyt wyszukana, ale sycąca.
Torby, rzucone przeze mnie we wtorek wieczorem, leżały nie rozpakowane w sypialni. Nawet mi przez myśl nie przeszło, by się rozpakować. Jutro. Padłam na łóżko i postanowiłam, że będę spać przez co najmniej dziewięć godzin. Telefon obudził mnie po niecałych czterech.
– Qui, tak – wymamrotałam niepewna, który język usłyszę.
– Temperance. Mówi Pierre LaManche. Przepraszam, że dzwonię o tej porze.
Nic nie odpowiedziałam. Pracowałam dla niego siedem lat, był szefem laboratorium, ale po raz pierwszy zadzwonił do mnie o trzeciej nad ranem.
– Mam nadzieję, że poszło dobrze w Lać Memphremagog. – Chrząknął. – Miałem właśnie telefon z biura koronera. W St-Jovite pali się dom. Strażacy nadal starają się go opanować. Rano wejdą specjaliści od podpaleń, a koroner chce, byśmy też tam byli. – Znowu chrząknięcie. – Jeden z sąsiadów twierdzi, że mieszkańcy tego domu są w środku. Ich samochody stoją na podjeździe…
