
Cisza, która zapadła, wyrwała mnie z zamyślenia. LaManche już nie dyktował i wełniane rękawiczki zastąpił lateksowymi. Zaczął badać drugą ofiarę, uniósł powieki, zbadał wnętrze nosa i ust. Potem przetoczył ciało pod ścianę i uniósł dolną część koszuli.
Zewnętrzna warstwa skóry pękła i krawędzie się skręciły. Złuszczający się naskórek był półprzeźroczysty, przypominał delikatną błonkę ze środka jajka. Jasnoczerwona tkanka pod naskórkiem pokryta była białymi plackami w miejscach, gdzie stykała się ze zmiętym prześcieradłem. LaManche palcem w rękawiczce nacisnął na mięsień pleców i na ciele pojawiła się biała plamka.
Hubert dołączył do nas w chwili, gdy LaManche przewracał ciało z powrotem do pozycji na wznak. Popatrzyliśmy na koronera wyczekująco.
– Pusto.
Nie zmieniliśmy wyrazu twarzy.
– Są tam dwa łóżeczka. To musi być pokój dziecinny. Sąsiedzi twierdzą, że było tu dwoje dzieci. – Oddychał ciężko. – Chłopcy, bliźnięta. Nie ma ich tam.
Wyjął chusteczkę i wytarł spierzchniętą twarz. Pot i arktyczne powietrze to nie jest dobra kombinacja.
– Macie coś tutaj?
– To oczywiście będzie wymagało pełnej sekcji zwłok – wyjaśnił typowym dla siebie melancholijnym basem LaManche. – Ale z tego, co tu mamy, wnioskuję, że ci ludzie żyli, kiedy wybuchł pożar. A na pewno ten. – Wskazał ciało numer dwa. – Potrzebuję pól godziny, potem możecie ich zabrać.
Hubert skinął głową i wyszedł poinformować grupę zajmującą się transportem.
LaManche zajął się pierwszym ciałem, potem wrócił do drugiego. Patrzyłam w milczeniu, chuchając na palce w rękawiczkach. Wreszcie skończył. Nawet nie musiałam pytać.
– Dym – wyjaśnił. – Wokół nozdrzy, w nosie i w górnej części dróg oddechowych.
Spojrzał na mnie.
– Czyli że wciąż oddychali, kiedy się paliło – powiedziałam.
– Tak. Coś jeszcze?
– Siność. Wiśniowy kolor. To wskazuje na obecność denku węgla we krwi.
