– Ofiara numer jeden… – kontynuował LaManche. Musiałam się zmusić, by podejść bliżej. Ofiara numer jeden miała uniesione ramiona, jakby gotowe do walki. Pozycja pięściarza. Ogień, który wspiął się po tylnej ścianie, chociaż nie trwający długo i niewystarczająco gorący, by strawić ciało, zdołał “ugotować” górne kończyny i spowodował kurcz mięśni. Ręce poniżej łokci były nienormalnie szczupłe. Fragmenty spalonej tkanki otaczały kości. W miejscu rąk sterczały sczerniałe kikuty.

Twarz przypomniała mi mumię Ramzesa. Warg już nie było, a widoczne zęby pokrywało ciemne i popękane szkliwo. Na jednym z siekaczy delikatnie lśniła złota otoczka. Spalony nos został zgnieciony, nozdrza sterczały jak ryjek nietoperza. Wyraźnie widziałam pojedyncze włókna mięśni ułożone koliście i pasmami w poprzek kości policzkowych i żuchwę, jak linię w rysunku anatomii. Gałki oczne leżały wyschnięte w oczodołach. Nie było włosów. Ani czubka głowy.

Druga ofiara nie była aż tak okaleczona. Skóra w kilku miejscach była sczerniała i popękana, ale jej powierzchnia w większości została jedynie osmalona. Z kącików oczu rozchodziły się cienkie białe linie, a uszy w środku i poniżej płatków były białe. Na głowie została kępa poskręcanych włosów. Jedna ręka leżała płasko, druga odrzucona, jakby szukając uścisku ręki pierwszej ofiary. Z tej ręki została tylko czarna kość.

LaManche kontynuował swój monotonny, posępny komentarz opisujący pokój i dwoje jego nieżywych mieszkańców. Słuchałam jednym uchem, z ulgą myśląc, że nie będę potrzebna. A może będę? Miały tu być dzieci. Gdzie? Przez otwarte okno widziałam blask słońca. Sosny i błyszczący bielą śnieg. Na zewnątrz płynęło życie.



23 из 341