
Szliśmy z LaManchem posuwając się najpierw wzdłuż ściany, potem skręciliśmy i ruszyliśmy wzdłuż kontuaru. Trzymaliśmy się z dala od środka pomieszczenia, idąc między gruzami, zgniecionymi metalowymi pojemnikami i przypalonymi zbiornikami z propanem.
Zatrzymałam się przy strażaku i plecami zwrócona do kontuaru starałam się oszacować zniszczenia. Kuchnia i przylegający do niej pokój zostały zniszczone przez ogień. Nie było sufitów, a ze ściany przedzielającej pomieszczenia zostało trochę zwęglonego drewna. Czarna dziura ziejąca pod naszymi stopami była kiedyś podłogą. Wystawała z niej zwrócona w naszą stronę składana drabina. W dole widać było mężczyzn w hełmach, którzy podnosili z podłogi różne przedmioty i albo je odrzucali, albo odnosili w miejsce, którego stąd nie widziałam.
– Tam jest ciało – powiedział mój przewodnik, robiąc ruch głową w kierunku dziury. – Znaleźliśmy je oczyszczając podłogę z gruzów.
– Tylko jedno? – zapytałam.
– A cholera wie. To nawet nie wygląda na człowieka.
– Dorosły czy dziecko?
Popatrzył na mnie, jakby chciał zapytać: “Zgłupiała pani, czy co?”.
– Kiedy będę mogła tam zejść?
Przeniósł wzrok na LaManche'a, potem znowu spojrzał na mnie.
– To zależy od szefa. Oni tam wciąż sprzątają. Nie chcielibyśmy, by cokolwiek roztrzaskało pani śliczną główkę.
Uśmiechnął się w jego mniemaniu ujmująco. Pewnie ćwiczył przed lustrem.
Patrzyliśmy, jak strażacy przerzucali deski i chodzili tam i z powrotem przenosząc tony gruzu. Słyszałam, jak sobie żartują, pracując nad usuwaniem zniszczeń.
– Czy oni wiedzą, że mogą niszczyć dowody? – zapytałam.
Strażak spojrzała na mnie tak, jakbym właśnie zasugerowała, że w dom uderzyła kometa.
– To tylko deski podłogowe i całe to gówno, które spadło razem z tą podłogą.
