
Spojrzałam na zegarek. Nic dziwnego, że straciłam czucie. Było piętnaście po pierwszej.
– Ponad cztery godziny.
– Chryste. Trzeba ci będzie zrobić transfuzję. I wtedy przypomniałam sobie, że on przecież pracował w wydziale zabójstw.
– Więc to jednak podpalenie?
– Prawdopodobnie.
Zza pleców wyciągnął białą torbę, a z niej styropianowy kubek i kanapkę z automatu i pomachał mi nimi przed nosem.
Rzuciłam się na nie, aż się cofnął.
– Mam w tobie dłużnika.
– Masz jak w banku.
Rozciapana bulka i letnia kawa. Obłęd.
Rozmawialiśmy, a ja jadłam.
– Powiedz, dlaczego sądzisz, że to było podpalenie. – Mówiłam i żułam.
– Jeśli powiesz mi, co tu masz…
No cóż. Zasłużył sobie.
– Jedna osoba. Może młoda, ale to nie jest małe dziecko.
– Żadnych niemowlaków?
– Żadnych. Teraz ty.
– Wygląda na to, że ktoś użył wypróbowanego sposobu. Ogień wypalił ślady ku dołowi między deskami podłogi. Tam, gdzie nadal są deski, oczywiście. To wskazuje na substancję, która powoduje rozprzestrzenienie się ognia, prawdopodobnie była to benzyna. Znaleźliśmy mnóstwo pustych kanistrów.
– To wszystko?
Skończyłam kanapkę.
– Ogień powstał w kilku miejscach – dodał. – Kiedy się zaczęło, paliło się jak diabli, bo ogień trafił na największą na świecie domową kolekcję zbiorników z propanem. Każdy z nich wybuchał z hukiem. Kolejny zbiornik, kolejne bum.
– Ile?
– Czternaście.
– Zaczęło się w kuchni?
– I w sąsiadującym z nią pokoju. Cokolwiek tam było. Trudno to powiedzieć.
Zastanowiłam się nad tym.
– To wyjaśnia głowę i szczękę.
– Co za głowę i szczękę?
– Leżały jakieś półtora metra od reszty ciała. Jeżeli zbiornik z propanem wpadł do pomieszczenia, gdzie już leżała ofiara, i eksplodował później, to mógł sprawić, że głowa została oderwana od już spalonego ciała. To samo ze szczęką.
