
To nie miało sensu. Te groby powinny tam być. Zwłaszcza że pozostały ślady po pogrzebach z lat czterdziestych ubiegłego wieku. Testy wykonane w tym miejscu ujawniły obecność fragmentów wełny i kawałków metalowych części trumny. W chronionym otoczeniu kościoła, w takiej ziemi, wydawałoby się, że szkielety powinny być w niezłym stanie. Więc gdzie były Elisabeth i Aurelie?
Weszła stara zakonnica niosąc tacę z kawą i kanapkami. Para z kubków pokryła jej okulary, dlatego szła stawiając małe kroki, prawie nie odrywając stóp od podłogi.
Ojciec Menard uniósł się, by odebrać tacę.
– Merci, siostro Bernardo. To bardzo miło ze strony siostry. Bardzo miło.
Zakonnica skinęła głową i wyszła, nawet nie otarła okularów. Patrzyłam na nią biorąc swoją kawę. Jej ramiona wydawały się niezwykle wąskie.
– Ile lat ma siostra Bernarda? – zapytałam sięgając po rogalika. Sałatka z łososia i zwiędła sałata.
– Dokładnie nie wiadomo. Była już w zakonie, kiedy zacząłem tu przychodzić jako dziecko, przed wojną. Drugą wojną. Potem wyjechała na misje.
Długo przebywała w Japonii, następnie w Kamerunie. Chyba ma dziewięćdziesiąt kilka lat.
Pociągnął łyk kawy. Siorbacz.
– Urodziła się w małej wiosce w Saguenay, twierdzi, ze wstąpiła do zakonu, kiedy miała lat dwanaście.
Siorbnięcie.
– Dwanaście. Wtedy nie prowadzono zbyt dokładnych zapisków w rolniczym Quebecu. Dokładnych nie.
Odgryzłam kawałek kanapki i zmarznięte palce owinęłam wokół ciepłego kubka. Cudowne takie ciepło.
– Ojcze, może są jeszcze jakieś inne zapiski? Stare listy, dokumenty, cokolwiek, czego jeszcze nie sprawdziliśmy?
Poruszałam palcami. Żadnego czucia.
Wykonał ruch ręką w kierunku papierów, które pokrywały biurko, i wzruszył ramionami.
– To jest wszystko, co dała mi siostra Julienne. Ona zajmuje się archiwum klasztoru.
– Tak, wiem.
