
Doszłam do czterdziestego drugiego, kiedy pojawiła się młoda kobieta. Miała na sobie dżinsy, golf i wełnianą koszulę w kratę, która sięgała jej do kolan. Blond włosy sięgały linii szczęki, a gęsta grzywka zakrywała brwi. Na twarzy ani śladu makijażu.
– W czym mogę pomóc? – zapytała. Przechyliła głowę i grzywka się zakołysała.
– Szukam doktor Jeannotte.
– Pani doktor jeszcze nie przyszła, ale zaraz powinna być. Czy ja mogę w czymś pomóc? Jestem jej asystentką. – Szybkim gestem założyła włosy za prawe ucho.
– Dziękuję. Chciałabym zadać doktor Jeannotte kilka pytań. Poczekam, jeżeli można.
– No cóż, dobrze. Chyba nic się nie stanie… Ale, hm, pani doktor nie pozwala nikomu wchodzić do swojego gabinetu. – Spojrzała na mnie, przez otwarte drzwi i znowu na mnie. – Byłam na ksero.
– W porządku. Poczekam na korytarzu.
– Nie, to może trochę potrwać. Ona się często spóźnia. Ja… – Obróciła się i sprawdziła korytarz. – Może pani zostać w gabinecie. – Znowu gest za ucho. – Ale nie jestem pewna, czy jej się to spodoba.
Nie potrafiła podjąć decyzji.
– Tutaj jest w porządku. Naprawdę.
Znowu spojrzała gdzieś za mną, a potem z powrotem na mnie. Zagryzła wargę i znowu założyła włosy. Ona była za młoda na studentkę kolegium. Wyglądała, jakby miała dwanaście lat.
– Jak pani się nazywa?
– Doktor Brennan. Tempe Brennan.
– Czy pani wykłada?
– Tak, ale nie tutaj. Pracuję w Laboratorium Medycyny Sądowej.
– To znaczy na policji? – Między oczami pojawiła się zmarszczka.
– Nie. Zajmujemy się badaniami medycznymi.
– Och. – Pociągnęła językiem po wargach i spojrzała na zegarek. To była jej jedyna biżuteria.
