
Gdzieś daleko usłyszałam bicie dzwonu, zaraz potem szuranie w korytarzu. Stara zakonnica szła w moim kierunku.
– Serviettes - zaskrzeczała.
Podskoczyłam i wylałam sobie na rękaw kawę. Jak tak mała osoba mogła wydawać tak głośne dźwięki?
– Merci.
Wyciągnęłam rękę, by wziąć od niej serwetki.
Zignorowała mnie, podeszła bliżej i zaczęła pocierać plamę. Z prawego ucha wystawał maleńki aparat słuchowy. Czułam jej oddech i widziałam białe włoski na jej brodzie. Pachniała wełną i wodą różaną.
– Eh, voila. Trzeba to wyprać, kiedy wróci pani do domu. W zimnej wodzie.
– Tak, siostro. – Odruch.
Spojrzała na list w mojej ręce. Na szczęście nie wylała się na niego kawa. Pochyliła się nad nim.
– Elisabeth Nicolet to była wspaniała kobieta. Oddana Bogu. Taka czysta. Taka skromna.
Gdyby litery listu Elisabeth mogły przemówić, to powtórzyłyby to za nią.
– Tak, siostro. – Znowu miałam dziewięć lat.
– Ona zostanie świętą.
– Tak, siostro. Dlatego właśnie próbujemy odnaleźć jej kości. Żeby można je było odpowiednio potraktować. – Nie byłam pewna, jak się traktuje kości świętego, ale zabrzmiało dobrze.
Pokazałam jej diagram.
– To jest stary kościół. – Przesunęłam palcem wzdłuż ściany północnej i wskazałam prostokąt. – A to jej grób.
Zakonnica dłuższą chwilę wpatrywała się w diagram, nieomalże wodząc po nim nosem.
