
– Niech żyje rewolucja! A teraz śpij, stary.
Dostał czymś ciężkim w skroń, ogarnęła go nagła ciemność i stracił świadomość.
3. Duncan
Sekretarka dyskretnie zapukała w szybę drzwi, po czym wsunęła głowę do środka.
– Mr. Richards, czy zamierza pan pracować dzisiaj do późna? Oczywiście, mogę zostać w biurze, ale musiałabym zadzwonić do mojej współlokatorki, żeby zrobiła zakupy…
Duncan Richards spojrzał znad stosu zgromadzonych na biurku papierów i uśmiechnął się.
– Jeszcze trochę, Doris, ale nie musisz zostawać. Chcę tylko skończyć pracę nad podaniem Harris Company.
– Jest pan pewny, Mr. Richards? To dla mnie żaden problem…
Pokręcił głową.
– Zbyt często pracuję do późna – odparł. – Jesteśmy przecież bankierami. Powinniśmy pracować w godzinach urzędowania.
– Dobrze. – Uśmiechnęła się. – W każdym razie będę tutaj do piątej.
– Świetnie.
Zamiast wrócić do swoich papierów, Duncan Richards przeciągnął się w fotelu i splótł ręce na karku. Obrócił się do okna. Było już prawie ciemno – reflektory samochodów ruszających z parkingu wycinały w ciemnościach małe białe plamy. Na tle gęstniejącej szarówki dostrzegał zarysy drzew przy Main Street. Przez chwilę chciał znaleźć się w starym budynku banku, dalej od centrum. Był ciasny i było w nim zbyt mało pomieszczeń, ale położony był dalej od drogi, na wzgórzu i mógł z niego sięgnąć wzrokiem dużo dalej. Pod względem architektonicznym nowy gmach był jałowy i bez duszy. Żadnych widoków z okien poza hałasem ulicy. Nowoczesne meble, najnowszy system zabezpieczeń. Tyle się zmieniło, od kiedy podjął tu pracę. Greenfield przestało być niewielkim miasteczkiem uniwersyteckim. Napłynęli tu biznesmeni, właściciele firm budowlanych i finansiści z Nowego Jorku i Bostonu.
