
Straciło swoją osobowość, pomyślał. A może i my wszyscy.
Spojrzał na leżące przed nim podanie. Było jednym z kilku, które trafiły na jego biurko w ostatnich sześciu miesiącach – mała firma budowlana chciała nabyć dziesięć hektarów ziemi z widokiem na Green Mountains – można by tu było postawić sześć luksusowych budynków. Gdyby się udało zdobyć na każdy dom trzysta tysięcy, mała firma momentalnie przekształciłaby się w firmę średniej wielkości. Cyfry wydają się w porządku, pomyślał, przyznamy kredyt na kupno ziemi, następnie na budowę domów i wreszcie, po ich sprzedaży, będziemy je mieli na hipotece. Nie musiał korzystać z kalkulatora, żeby wiedzieć jak dużo zyska na tym bank. Bardziej interesowali go sami przedsiębiorcy. Westchnął na myśl, jak bardzo muszą być spięci. Uchwycić szansę, zdobyć kredyt, osiągnąć sukces. W amerykańskim stylu. To się nigdy nie zmieni.
Bankier jednak musi być człowiekiem staromodnym i ostrożnym. Nie spieszyć się, nie poddawać się naciskom.
Chociaż to też się zmienia. Na małe banki, takie jak First State Bank of Greenfield, wywierają nacisk bankowe giganty. Baybanks of Boston otworzył właśnie swoje biuro na Prospect Street, a Springfield National, jeszcze niedawno sam stanowiący konkurencję, został przejęty przez Citicorp.
Może i nas też wykupią. Jesteśmy całkiem atrakcyjnym łupem. Wyniki nadchodzącego kwartału wskazują na duży skok. Zanotował w pamięci, żeby sprawdzić, jak stoją jego akcje, tak na wszelki wypadek. Chociaż żadnych pogłosek na ten temat nie było. Zastanowił się, czy nie powinien zapytać o to starego Phillipsa, prezesa banku, ale zrezygnował. On zawsze polegał na mnie, od samego początku. Teraz zapewne także.
Przypomniał sobie, jak osiemnaście lat temu po raz pierwszy przekraczał drzwi banku. Wahał się, gdy ojciec Megan otworzył je przed nim. Jego nowa fryzura onieśmielała go i wciąż chciał sięgać do niej ręką – pewnie właśnie tak człowiek, któremu amputowano ramię, musi się czuć w pierwszych dniach po operacji.
