
– Panie Richards, pani Richards na linii.
– Dzięki. Podniósł słuchawkę.
– Słuchaj Meg, nie wracam dziś późno, właśnie kończę…
– Duncan, czy tata wspominał, że zabiera gdzieś Tommy'ego? Nie wrócili dotąd, więc zastanawiam się, czy mówił ci coś?
– Nie wrócili?
Duncan Richards spojrzał na zegarek. Powinni być już od godziny. Wyczuł niepokój w głosie żony. Leciutki. Nie tyle lęk, co troskę.
– Nie.
– Dzwoniłaś może do szkoły?
– Tak. Powiedzieli, że tata był o zwykłej porze. Poczekał trochę, dopóki Tommy nie skończył jakiegoś rysunku, i wyszli.
– Myślę, że nie ma się czym przejmować. Prawdopodobnie wziął go do centrum handlowego, żeby pograć na automatach. Nie byli tam już od paru tygodni.
– Prosiłam go, żeby tego nie robił. Tommy jest później taki podniecony.
– Och, daj spokój. Tak się tam dobrze bawią. A poza tym myślę, że lubi to przede wszystkim twój stary.
– Zrobiłam na obiad coś specjalnego, a on prawdopodobnie napcha go tymi ohydnymi cheeseburgerami. – W jej głosie zabrzmiała ulga.
– Możesz porozmawiać z ojcem, ale wątpię czy to coś da. On tak lubi szybkie dania. A kiedy ma się siedemdziesiąt jeden lat, wszystko się wie najlepiej.
– Pewnie masz rację – roześmiała się.
Odłożył słuchawkę, wyjął notes i zaczął rzucać na papier luźne myśli dla przedstawienia sprawy kredytu przed komitetem. Usłyszał stuknięcie w szkło drzwi i zobaczył, jak sekretarka macha mu ręką. Była w płaszczu. Pomachał jej i pomyślał, że skończy jutro.
Telefon na biurku zadzwonił ponownie, podniósł słuchawkę spodziewając się głosu żony.
– Zbieram się właśnie do domu… – zaczął bez wstępu.
– Naprawdę? – odezwał się głos na drugim końcu linii. – Nie sadzę Nie sądzę, żebyś się gdzieś zbierał. Nie teraz.
Stało się tak, jak gdyby z powodu tych kilku słów, dźwięków i tonów, które wdarły się przeraźliwie znajome do jego pamięci, wszystko wokół niego się rozpadło i nagle, gwałtownie zostało zdmuchnięte przez huragan. Chwycił się krawędzi biurka, żeby złapać równowagę, ale w głowie miał karuzelę. Wiedział, że wszystko stracone. Wszystko.
