Była to niełatwa droga, to prawda, i była z niego bardzo dumna.

Skręciła i popatrzyła w kierunku domu. Był nowy, zbudowany w stylu kolonialnym, położony czterdzieści metrów od ulicy w najlepszej części Greenfield. Nie był to największy dom przy tej ulicy, ale też nie najmniejszy. Na środku trawnika rósł wielki dąb – pamiętała jak bliźniaczki parę lat temu przywiązały do jednej z gałęzi oponę – nie tyle same chciały się huśtać, co pragnęły przyciągnąć w ten sposób dzieci z sąsiedztwa i mieć z kim się bawić. Zawsze musiały wyprzedzać o krok innych. Opona wciąż tam była, wisiała w gęstniejącej ciemności. Megan znowu pomyślała o Tommym – mógł kołysać się na niej bez końca, w przód i w tył, godzinami nie zwracając uwagi na inne dzieci, na wiatr, deszcz, śnieg, odbijając się stopami od ziemi i unosząc w powietrze, odchylony do tyłu, z szeroko otwartymi dzikimi oczami, wpatrzonymi w niebo, pochłaniającymi je.

Teraz już to mnie nie przeraża, pomyślała. Podobnie jak przestała płakać z powodu jego dziwactw. Mycia zębów przez dwie godziny. Trzydniowego postu. Gdy nie odzywał się przez tydzień, a potem nie mógł zasnąć, ponieważ miał tyle do powiedzenia, a nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Spojrzała na zegarek. Powinien niedługo wrócić – przygotuje dla niego krupnik na wołowinie i domową pizzę, jego ulubione potrawy. A sprzedaż domu Hallidayów uczczą lodami brzoskwiniowymi. Planując menu pomyślała o wysokości swojej prowizji. Wystarczy, żeby pojechać w zimie na tydzień do Disneylandu. Tommy będzie zachwycony, a chociaż bliźniaczki z początku będą narzekać, że to dobre dla małych dzieci, z pewnością też będą się świetnie bawić. Duncan będzie ukradkiem oddawał się przejażdżkom, a ona poopala się trochę przy basenie. Dlaczegóż by nie, do diabła?



4 из 337