Jej wzrok przyciągnęła czerwona plama roweru Tommy'ego, porzuconego byle jak w krzakach.

– Z moim synem jest inaczej. – Na tę myśl zrobiło się jej gorąco, coś ścisnęło ją w gardle. Z nim nic nie jest zwyczajne.

Jak zawsze poczuła, że zaczynają ją piec oczy, ale zaraz skarciła się ironicznie surowym tonem:

– Megan, wypłakałaś już wszystko. Przecież on czuje się coraz lepiej. Dużo lepiej. Niemal normalnie.

Nagle wyobraziła sobie, że trzyma syna przy piersi. Już w sali porodowej wiedziała, że nie będzie taki jak bliźniaczki, u których wszystko było jak w zegarku – czas posiłków, spania, szkoły, dojrzewania – wszystko biegło właściwym rytmem, bez problemów, idealnie, jakby zaplanowane przez rozsądnego projektanta. Wpatrywała się w kruche, dygocące ciałko, będące kwintesencją instynktu i zdziwienia, próbujące znaleźć jej pierś, i zrozumiała, że setki razy, bez końca będzie łamał jej serce.

Wysiadła z samochodu, ciężkim krokiem podeszła do kępy krzaków i wyciągnęła rower z żywopłotu. Tłumiąc wzburzenie strzepnęła krople deszczu ze spódnicy i delikatnie trzymając kierownicę, uważając, żeby nie obetrzeć pantofli, pchnęła podpórkę do dołu. Ustawiła rower na chodniku.

Cóż z tego, pomyślała, po prostu kocham go coraz mocniej. Uśmiechnęła się. Zawsze wiedziałam, że to najlepsza terapia. Kochać go jeszcze mocniej.

Popatrzyła na rower. Miałam rację.

Lekarze zmieniali diagnozę ze dwadzieścia razy – opóźnienie w rozwoju, autyzm, dziecięca schizofrenia, niezdolność uczenia się – wreszcie – poczekajmy, zobaczymy. W pewnym sensie była dumna z tego, że nie dawał się zaszufladkować, burząc opinie ekspertów, wytykając im błędy i niedokładności. Było tak, jakby jej syn wszystkich lekceważył, jakby sam wytyczał sobie własną drogę przez życie, pociągając za sobą pozostałych, czasem przyspieszając, czasem zwabiając – zawsze zgodnie z własnym wewnętrznym rytmem.



3 из 337