
Byli szczęśliwi.
Peter i Fiona.
Rosi i Seamus.
– Mówisz tak, jakby on nie żył! – Mattias zadrżał przy sterze.
– Dla mnie on nie żyje. Inaczej nie mogłabym mieć nadziei na wspólne życie z tobą – odparła Roza. – Wszyscy, z którymi byłam związana, już odeszli, Mattiasie. Ja to wiem. Serce mi to podpowiada. – Przyłożyła dłoń do piersi. – Gdybym nie miała takiej pewności, nie otworzyłabym ramion na coś innego, coś nowego. Na coś, co możemy przeżyć razem.
Mattias, widząc jej powagę, aż musiał się uśmiechnąć. To był czuły uśmiech. Pamiętał, jak gorąco kochał Raissę. Pamiętał swoje przekonanie, że postępuje słusznie, że właśnie z nią będzie dzielił resztę życia. Pamiętał, jak bardzo czuł się wtedy bezpieczny. Przypominał sobie teraz, jak proste wydawało mu się życie, kiedy obejmował Raissę i patrzył w przyszłość.
Całkiem się pomylił.
Być może właśnie ta świadomość piekła najmocniej.
Raissa go wykorzystała.
Mattias wciąż nie miał pojęcia, co tkwiło w kobiecie, którą poślubił. Nie rozumiał, dlaczego tak postąpiła. A najbardziej gorzko piekła świadomość, że wciąż nawet się nie domyślał, kim była.
Nie wiedział, kim naprawdę była kobieta, która została matką jego syna.
Dlatego poślubienie Rozy wydawało mu się jakby nową rzeczywistością. Chciał zacząć z nią wszystko od początku, usunąć większość śladów pozostawionych przez Raissę. Wypełnić pustkę po niej. Wypełnić dom, który po jej odejściu krzyczał nagimi ścianami. Wypełnić to wszystko Rozą.
