
– To nie jest wcale wykluczone – Mattias nie ustawał. – Musiało ci to przyjść do głowy, Rozo! Musiałaś myśleć o tym, że Peder nie zniknął z własnej woli. Owszem, odszedł w gniewie, ale ktoś inny mógł zatroszczyć się o jego zniknięcie, o to, by trzymał się z dala…
– Jens nie zabił Pedera! – oświadczyła Roza twardo i zdecydowanie. Była tak stanowcza, że Mattiasa ogarnęło wrażenie, iż Roza wie więcej, niż mówi. – Wydaje mi się – ciągnęła, ważąc słowa tak, aby przypadkiem jej nie spętały – że Peder zatroszczył się o to, by wieść takie życie, na jakie zasługiwał. Że wybrał inną ścieżkę. Znalazł jakieś miejsce na krańcu tej ścieżki, zielone łąki, pole, dom. Tam, gdzie ludzie czekali właśnie na niego. Ludzie, którzy cenili go za to, kim był. Ludzie, którzy dali mu inne życie niż to, które wiódłby tutaj, przy mnie.
– Czy tobie tak się wydaje? Czy to coś, czego pragniesz? Wyczuwasz? – dopytywał się Mattias zdziwiony. Pomiędzy stromymi ciemnymi brwiami pod wysokim czołem pojawiła się zmarszczka. – Czy też po prostu to widzisz?
Dodał to głosem tak miękkim, jak gdyby gładził jej skórę delikatnym puchem wełnianki. W jego słowach kryła się nieskończoność uczuć, których żadne z nich nie chciało nazywać.
– Ja to wiem – odparła Roza. Mattias wyczuł mur, który wzniosła między nimi.
Nie dopytywał się, skąd ma tę pewność. Lepiej nie zadawać pytań, aniżeli słuchać jej odmowy. Wciąż pragnął wierzyć, że pomiędzy nimi istnieje bezgraniczne zaufanie. Wciąż wolał wierzyć, że nigdy nie pozna drugiego człowieka tak dobrze, jak zna ją.
– Peder odnalazł szczęście – oświadczyła Roza, patrząc na kanciastą twarz Mattiasa Mattiassena.
Uśmiechała się. Myśl o tym, że mówi prawdę, była tak przyjemna, że musiała się uśmiechnąć. Dzieci Peder a wciąż bawiły się w jej wspomnieniach.
