Nastrój był ponury. Nikt się prawie nie odzywał, nawet Doktor. Do reszty zapasów w śluzie nie mogli się dostać, bo na drzwiach szafy ze skafandrami spoczywał ogromny kopiec osypiska, raz jeszcze więc Fizyk i Chemik poszli do kuchennego magazynu, skąd wrócili z puszkami konserw. Była dziewiąta, kiedy przystąpili do kopania tunelu.

Roboty posuwały się żółwim krokiem. W owalnym otworze włazu nie można się było dobrze rozmachnąć, ludzie dźgali kopaczkami zbite zwały ziemi, a stojący w tyle usuwali je do korytarza. Po namyśle zdecydowano wrzucać ziemię do kabiny nawigacyjnej, bo znajdowała się najbliżej i nie zawierała niczego, co mogłoby się okazać potrzebne w bezpośredniej przyszłości.

Po czterech godzinach nawigatornia była zasypana na wysokość kolan wynoszonym gruntem, a tunel osiągnął ledwo dwa metry długości. Margiel był zbity, nie to, że twardy, ale ostrza drągów i kopaczek więzły w nim, a żelazne trzony, zbyt gwałtownie naciskane przez pracujących zajadle ludzi, gięły się - najlepiej sprawowała się stalowa kopaczka w rękach Koordynatora.

Inżynier niepokoił się, czy ziemny strop nie zacznie osiadać, i dbał szczególnie o staranne stemplowanie. Pod wieczór, gdy umazani gliną zasiedli do posiłku, tunel wiodący od klapy stromo pod górę, niemal o siedemdziesięciu stopniach nachylenia, zagłębił się w grunt ledwo na pięć i pół metra.

Inżynier zajrzał raz jeszcze do studzienki, przez którą można się było dostać do niższej kondygnacji, gdzie trzydzieści metrów ku rufie od głównego włazu znajdowała się w pancerzu klapa ciężarowa, ale zobaczył tylko czarne lustro wody; stała wyżej niż poprzedniego dnia, widocznie jeszcze jakiś zbiornik miał przeciek i jego zawartość sączyła się tu powoli. Woda - wykrył to natychmiast małym geigerem - była radioaktywnie skażona, zamknął więc na głucho studzienkę i wrócił do towarzyszy, nic nie mówiąc o tym odkryciu.



16 из 254