
Rakieta przewaliła się jak padająca góra, łoskot ten był daleki i tępy, wyrzucone bryły gruntu, słabo stukając, osunęły się po zewnętrznym pancerzu.
Wszystko znieruchomiało. Pod nimi syczały przewody, coś bulgotało przeraźliwie, szybko, wciąż szybciej, szum uchodzącej wody, przemieszany z przenikliwym, powtarzającym się sykiem, jak gdyby jakaś ciecz kapała na rozpalone blachy.
– Żyjemy - powiedział Chemik. Powiedział to w zupełnej ciemności. Nie widział nic. Wisiał w swoim nylonowym pokrowcu, jak w worku, zaczepionym z czterech stron linami. Znaczyło to, że rakieta leży na boku. Gdyby stała, posłanie byłoby poziome. Coś trzasnęło. Blady, benzynowy płomyk starej zapalniczki Doktora.
– Załoga? - spytał Koordynator. Jedna lina jego worka pękła, wirował wolno, bezradny, i usiłował bezskutecznie chwycić się czegoś wystającego ze ściany, wyciągając rękę przez oko nylonowej siatki.
– Pierwszy - powiedział Inżynier.
– Drugi - odezwał się Fizyk.
– Trzeci - głos Chemika.
– Czwarty - powiedział Cybernetyk. Trzymał się za czoło.
– Piąty - zakończył Doktor.
– Wszyscy. Gratuluję - głos Koordynatora był spokojny. - Automaty? Odpowiedziała cisza.
– Automaty!!
